czwartek, 7 września 2017

337. Trolle i hobbity, czyli piwniczna konspiracja (1/?)


Szanowni Czytelnicy - wróciliśmy!
Tym razem podróżowaliśmy nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Nasz wehikuł (od chwili, gdy wypadła z niego taka naprawdę bardzo mała śrubka i nie wiadomo było, gdzie ją wkręcić) działa nieco chaotycznie i  wybiórczo. Teraz wyrzuciło nas do Warszawy w czasie okupacji hitlerowskiej.
Ale rozejrzeliśmy się dookoła i wiadomo było, że nie ma się czego bać, bo to tylko scenografia filmu, z akcją dziejącą się w świecie chorej fantazji.
No, nie powiem - były chwile grozy, zwłaszcza źle było wtedy, gdy z sąsiedniego wszechświata wyszły trolle. Wykopaliśmy więc bardzo głęboki dół i zeszliśmy do podziemia, w którym były światła Adrii, szum lasu i Carrefour na każdym rogu.

Byliśmy tu:

Analizują: Kura, Jasza, Babatunde Wolaka i Pigmejka, która gościnnie rzuciła okiem na ten tekst.

Okupowana herbata to taka, którą zamknięto na głucho w szafce i postawiono przed nią wartowników?
W tej roli kubki z łyżeczkami na sztorc!

Ze wstępu:

Ano stwierdziłam, że pierwotna wersja AWNŚPPK (JKPBRNS) jest źle napisana, niedopracowana i w ogóle misz masz i malaria. Tak więc chciałabym - i mam nadzieję, że mi się uda - poprawić, a raczej napisać tę historię od nowa. Przyznam też szczerze, że bardzo, ale to bardzo tęsknię za chłopcami, Kasią i Helenką, dlatego ponowne spotkanie z nimi bardzo mnie cieszy. Chcę dopracować ich postacie, nadać fabule nowy wydźwięk i naturalność. Poprawię również błędy stylistyczne i historyczne.
Spoko. Czekamy na efekty.
*rozgląda się niepewnie* a ten tekst, to która wersja?
Ta poprawiona.
Ojej.
Prolog


Jeśli już raz się kogoś pozna, to mimo wszystko zapamiętuje się go na całe życie.
Ale tak każdego - każdego? Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć.

Jest ten ktoś wtedy jak klatka z filmu, którego powtórki wciąż pojawiają się w naszej głowie. A my oglądamy go (tego kogoś), czasem z zaciekawieniem, a innym razem odwracając ukradkiem wzrok.
I rumieniąc się, i chichocząc.


Jednak życie to nie film. Nie można powtórzyć żadnej sceny, zmienić jej, usunąć. Tak samo nie można usunąć wojny. Jest ona tak bardzo zakorzeniona w akcji tej projekcji, że bez niej w zasadzie nie byłoby tego wszystkiego.
Tyle, że kręcąc film należy poznać realia. Khę, khę…
Akcja projekcji – czyli przychodzi operator, gasi światła, odpala sprzęt… Gdzie tu miejsce na wojnę?

To ona popchnęła nas w ramiona Śmierci, która tak bezczelnie no, jak śmiała! odrzuciła nas, jak wadzące na jej drodze kamienie.
- A my spadliśmy na szaniec…
Sensu w tym nie ma, ale za to jak brzmi!

Lecz zanim zaczęło się to wszystko, zanim obejrzeliśmy film w reżyserii Adolfa Hitlera i nim zmieniliśmy jego koniec – była wiosna.
Zanim co? To będzie jakaś alternatywna historia w stylu “Bękartów wojny”?
W której “głupi malarz” zainteresował się Dziesiątą Muzą.

Maj roku 1939 był wyjątkowo słoneczny. Promienie najjaśniejszej z gwiazd [eee...Syriusza?] migały złociście, bawiąc się w przeplatanie moich rudych włosów swoim złotym blaskiem.
Khm… chyba chodziło jej o Słońce, nie o Psią Gwiazdę, więc nie najjaśniejszą, ale najbliższą. Dobra, dobra, nie będę się wymądrzać, dziewczyna właśnie kuje fizykę.

Mrużyłam szaro - błękitne oczy
Czy naprawdę każdy, ale to doprawdy każdy, mrugając myśli o tym, że mruga swoimi jakoś-tam-kolorowymi oczami?  
Tu w dodatku powinno być “szarobłękitne”, bo myślnik sugeruje, że były w ciapki.

i przewracałam kolejne kartki podręcznika do fizyki, próbując zrozumieć jakieś ostatnie zagadnienia do matury. Szczerze mówiąc nudził mnie ten przedmiot. Owszem, pozwalał poznać wszechświat, ale... Wystarczył mi mój świat, tutaj, w Warszawie przy jeziorku Czerniakowskim. Chłód wody pozwalał mi odetchnąć i nie skupiać się zbytnio na upale, a na stronach pełnych ruchu powszechnego ciążenia [czego?!], ciał stałych, atomów, rozpadu alfa
Przeczytajmy uważnie: atomów, rozpadu alfa. Nie tylko, że w latach trzydziestych nie było o tym w żadnym szkolnym podręczniku, ale dopiero rozrysowywano to na papierze i naukowcom za te odkrycia Noble dawano.

i tego typu definicjach, zadaniach, wzorach. [definicji, zadań, wzorów]

I tak oto w 1939 roku, na łączce nad Kanałkiem Czerniakowskim jest sobie dziewczyna, która po powrocie do domu zgodnie z wytycznymi podręcznika zbuduje bombę atomową, odpali ją i nastąpi Ognisty Koniec Wszystkiego.
Kuro, miałaś rację, podejrzewając opko o historię alternatywną.


(...)
– Dokąd zmierza twoja nauka, panienko? – Usłyszałam.
Jak sądzicie, kto wygłosił to zdanie? Jakiś szacowny, siwobrody starzec?
- Od Los Alamos do Hiroszimy i Nagasaki! - odparła butnie profetyczna maturzystka.

Z wrażenie[a]  strąciłam torbę na ziemię wraz z książką.
Z wrażenia, że ktoś do niej zagadał?

Uklękłam, by pozbierać swe manatki, nawet nie patrząc na to, kto do mnie mówił.
Zbieranie rozsypanych książek – odhaczyć.

W tym samym momencie właściciel tego spokojnego dźwięku, zawartego w pozornie krótkim zdaniu usiadł przede mną i uśmiechnął się.
I nastała głucha cisza, kiedy właściciel dźwięku zamknął go do walizki i poszedł sobie.
Bo to był dźwięk “z puszki”, a puszkę miał w walizce.
A zdanie pozornie było krótkie, a w istocie zawierało siedem zdań podrzędnych, ukrytych w alternatywnej rzeczywistości.


Ujrzałam przed sobą chłopaka o blond włosach, które pod wpływem słońca stały się lekko rudawe. Poraziły mnie jego bystre i pałające jakąś dziwną mądrością oczy, natomiast piegi wkradły się w moją pamięć, wyciągając na me usta lekki uśmiech.
Czy widzicie te sadystyczne piegi, które robią takie rzeczy?
Widzę! Rozbiegły się jak mrówki i gilgają ją po zwojach!

(...)
– Do matury – odparłam po chwili, gdy już otrząsnęłam się z pierwszego wrażenia. Młodzieniec rozpromienił się na to słowo i wstał.
– Czy mogę? – Wskazał na wolne miejsce obok mnie. Skinęłam głową, a gdy ten usiadł, podałam mu rękę.
– Katarzyna Kamińska. – Przedstawiłam się, a on delikatnie ucałował moją dłoń. Uniósł oczy i spod złotej czupryny odwdzięczył mi się tym samym:
– Jan Bytnar.
Jan Bytnar, Jan Bytnar, powtarzałam sobie, by zapamiętać. Brzmiało to dla mnie inteligencko, jakoś tak niezwykle,
Wtf? Nazwisko jak nazwisko. Jeszcze gdyby to był Zośka, to nazwisko Zawadzki mogłoby jej się “inteligencko” skojarzyć z rektorem Politechniki Warszawskiej.
W dzieciństwie, zanim przeczytałem “Kamienie na szaniec”, Jan Bytnar brzmiał dla mnie jakoś tak skandynawsko. A jeszcze “Rudy”, to już na pewno musiał być jakiś wiking.

choć sama wtedy nie wiedziałam jeszcze nic o nim poza tym, że zerkając na moją książkę do matury uśmiechał się promiennie, musiał więc lubić fizykę.
Ojtam, zobaczył ładną dziewczynę więc tak się szczerzy do wszystkiego.
Wzbudziło to w nim skojarzenie: dziewczyna + fizyka = miłość fizyczna.

– Ciekawi panienkę fizyka atomowa? – rzekł nieco prześmiewczo, patrząc, jak się rumienię.
Przejrzał ją, przejrzał! Wie, że ta książka to tylko wabik!

Istotnie był człowiekiem, który umiał dostrzegać uczucia innych i doskonale je wykorzystać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
Aha, znaczy od pierwszego kopa dostrzegła w nim manipulatora; ciekawy początek znajomości.

– Przednio! – Roześmiałam się. – W Batorym u nas profesor bardzo dobry [ale polonista tępi rusycyzmy jak wariat]  i dużo tłumaczy, jednak ja nie rozumiem nic a nic z tego.
Jak już się popisujesz czytając książkę zdecydowanie wykraczającą poza program szkolny, to przynajmniej nie przyznawaj się, że nic nie rozumiesz…
Poza tym Batory był szkołą męską.
Gdyby w męskim gimnazjum znalazła się jakaś niewiasta, to nie ma rady - z całą pewnością zwróciłaby na siebie uwagę.

– Panienka pozwoli... – Wziął książkę i przeczytał kilka zdań. – Przecież to proste! Żadnych rachunków, tylko definicje. Toż to dziecinnie łatwe, panienko. Wytłumaczyć panience?
“Panienko” mogłaby mówić do niej służąca (btw, jak, zdaniem autorki, ona powinna się do niego zwracać? Paniczu?). Młodzi ludzie, którzy nie przeszli jeszcze ze sobą na “ty”, zwracali się do siebie – niespodzianka – przez “pan, pani”. Ewentualnie coś w stylu “Panno Kasiu, czy wie pani…”

Już miałam odpowiedzieć, gdy przerwał mi radosny krzyk z drugiego końca alejki, przy której siedzieliśmy:
– Rudy, czyżbyś znów przypadkowym pannom czytał swoje wiersze?
– Głos należał do chłopaka o urodzie bardzo kobiecej, lecz spojrzeniu twardym i nieco osowiałym.
Zapamiętajcie, Czytelnicy - “spojrzenie twarde i osowiałe” to oksymoron.

Chociaż Pigmejka twierdzi, że jedynym zwierzęciem, które ma wzrok jednocześnie twardy i osowiały jest owca.

Był dość wysoki, chudy i sprawiał wrażenie kogoś ważnego. Jego oczy były koloru nieba, a włosy miał niczym pociemniałe zboże.
A banalne opisy są banalne.
Chyba że niebo było o zachodzie, a zboże - niedojrzałe.

Za nim stał dryblas o płowej czuprynie, uśmiechający się szeroko i żywo gestykulujący rękami. Nikt go jednak nie słuchał (a mówił coś w ogóle? bo z opisu wynika, że tylko stał i machał łapami) (może to mim?), gdyż uwaga przystojnego i rudzielca skupiła się na mojej zdekoncentrowanej osobie.
Na mnie! Nie na “mojej osobie”!

Spłonęłam rumieńcem i uśmiechnęłam się słabo.
– Kasiu, poznaj Zośkę. – Ten, którego nazwano Rudym, a który trzymał wciąż w dłoniach mój podręcznik, wskazał na wołającego go kolegę. – I Alka. – Przeniósł wzrok na wysokiego chudzielca, który ukłonił mi się nieśmiało. Emanowała od niego tak wielka radość, że mimowolnie uniosłam kąciki ust w górę.
Palcami.

Był jednak w cieniu tego, któremu przypadło nosić dziewczęcy pseudonim.
– Jeśli przeżyłaś czytanie jego wierszy, to wiedz, żeś jest pierwszą. – Roześmiał się Zośka. – Tadeusz Zawadzki. – Podałam mu dłoń, którą ucałował tak, jak zrobił to Rudy. Przez chwilę pomyślałam nawet, że są braćmi, jednak jego nazwisko wytarło tę tezę z tablicy myśli.
I tak powstała tabula rasa.
Niestety, już za chwilę zapełniła się kolejnymi pretensjonalnymi sformułowaniami.

– Alek Dawidowski. – Kiwnął ku mnie stojący z tyłu chłopaczyna, jakby odcięty od tych dwóch.
– Maciek Dawidowski – poprawił go chrząknięciem Zośka, za co Alek wymierzył mu kuksańca w bok, lekko się przy tym pochylając.
Zośka, chłopcze – jeśli kolega życzy sobie przedstawiać się drugim imieniem, co tobie do tego?

Zamrugałam szybko i popatrzyłam na siedzącego obok mnie chłopca, a potem na jego dwóch kolegów. Wydawali mi się znajomi, jakbym minęła ich już nie raz na szkolnym korytarzu. A może rzeczywiście już gdzieś mi mignęli?
Ok, przyjmijmy na potrzeby opka, że Batory był koedukacyjny ;) To nie była taka znowu wielka szkoła (Wiki podaje, że  w roku szkolnym 1930/1931 w szkole uczyło się 343 uczniów - w całej szkole). Powinna ich mniej więcej przynajmniej kojarzyć z widzenia.


(...)

Rudy podał mi czytany przezeń podręcznik i zatrzymał przez chwilę spojrzenie na mojej twarzy. Coś było w tych oczach, co kazało mi stać w miejscu. Siła pełna powagi i czułości. Siła przerywana chichotem tego wysokiego, hm, Alka i czujnym spojrzeniem Zośki.
Znaczy, tak mu się włączała i wyłączała, jak światełko w latarce sygnalizacyjnej?
Siła to 3 przewody po 230V i czwarty przewód zerowy. 230V to jedno 230V +zero. Na liczniku 3 fazowym pisze 3x230V. A 3x230V=400V Bo to prąd z tej samej prądnicy przesunięty fazowo o 120 stopni. [wklejka z internetu]


Byli przyjaciółmi. Dostrzegłam to w geście, jakim Alek popchnął nieco Rudego tak, że niski wpadł na drzewo  [przyjacielskim gestem jest rąbnąć kogoś tak, że aż się przewróci]  i wzroku Tadeusza, który obejmował tych dwóch jak ojciec.
Ojciec Tadeusz jak Prometeusz...

Taka cicha więź między nimi, która nie dawała się rozerwać.
I to wszystko wie po pierwszym rzucie oka na chłopaków.
Spostrzegawcza jak Sherlock Holmes po kursie u Bene Gesserit.

(...)

Rozdział 1 - Jeszcze cię nie znam

Helenka zaplotła długie, kasztanowe włosy w grubego warkocza [a potem zjadła torta, na którego miała smaka] i odrzuciła go na plecy. Podpierając głowę łokciem [nie próbujcie tego robić, bo sobie złamiecie obojczyk i to w kilku miejscach!] wlepiła oczy o jesiennej barwie [barwie błota i pleśni?] w Wisłę, płynącą spokojnie przez Warszawę, zanurzoną w pierwszym śniegu.

(...)
Była wysoka i chuda; gdy na nią patrzyłam, musiałam lekko unosić głowę, lecz była mi najbliższą przyjaciółką od dziecinnych lat, kiedy to poznałyśmy się idąc razem na bazar, by na Pradze kupić słodycze.
Zapamiętajmy, że bohaterki znają się od dzieciństwa. Nie wiem, co prawda, dlaczego po słodycze musiały wędrować aż na Pragę, bliżej nic nie było? (Kasia mieszka na Starym Mieście).

(...)

Był prawie grudzień 1939 roku, a Wisła już nie była moja, ulice nie były warszawskie, a powietrze pachniało więzieniem. Przed oczami wciąż miałam ruiny po bombardowaniu, dwójkę dzieci, którym kazałam biec do bramy, ludzi, próbujących sprzedać na ulicy to, co zostało z ich domów, matki szukające swych pociech.
Ooook, więc bohaterka była w Warszawie w czasie oblężenia, widziała zniszczenia wojenne i śmierć ludzi, zapamiętajmy.

Patrzyłyśmy więc obie na ten nowy obraz stolicy, na perłę polskiej wojny.
Perłę w koronie niemieckich podbojów.
*suchar* Perła z dziurką wywierconą przez naloty dywanowe we wrześniu?

Ale nikt nie chce takich pereł, takich kosztowności. Znikome to było bogactwo.
Skarbem zaś okazali się ci trzej chłopcy, których spotkałam wtedy w parku. Mignęli mi kilka razy podczas matury, mówiono o nich, że zdali idealnie, że to chluba Batorego.
Powinna znać ich doskonale, jako swoich kolegów z klasy ;) Wszyscy trzej chodzili do matematyczno-fizycznej, a ona, skoro wkuwała fizykę do matury, najwyraźniej też.

Potem, ach, jak głupio to brzmi, wkręcili się w całą tę okupację [nie myślcie, że odnalazł się  w “niszy” przeznaczonej przez okupanta dla Polaków, to byłoby zbyt proste] – a to nalepki na plakaty niemieckie przyklejali, a to warsztat z „Małym" otworzyli.
I na każdym rogu ogłaszali, czym się zajmują – skoro wie o tym nawet dziewczyna, która praktycznie wcale ich nie zna.

Byli ambitni, tak postrzegali ich inni. Ja widziałam w nich dzieciaki żądne zabawy.
No ba, Ona Wie Lepiej.

Nie chcieli się nudzić, nie mogli usiedzieć w miejscu i patrzeć. Byli zbyt porywczy na tamten rok. Na całe swoje życie.
Nie spotkałam ich nigdy więcej po tej parkowej przygodzie. Słyszałam tylko, jak przyboczna, Agnieszka i inne zastępowe zachwycały się urodą Zośki, sprytem Rudego czy zwinnością Alka, jak drużynowa wychwalała ich pomysłowość. A ja? Cóż miałam robić? Byłam przyboczną mojej małej rodziny. Mojej „Virtuti Rosy".
Nazwa utworzona zapewne na wzór “Virtuti Militari”, tyle, że “virtuti” to rzeczownik “virtus” (męstwo) w celowniku; nazwa orderu oznacza dosłownie “męstwu wojskowemu”. Wychowanka przedwojennego gimnazjum, gdzie łacina była normalnie nauczanym przedmiotem, powinna to doskonale wiedzieć.
“Mężna Róża” - bo domyślam się, że o to chodziło - to byłaby “Fortis Rosa”.

Niezwykła to była gromadka. W żadnym stopniu nie podobna do „Buków". Moje dziewczęta chciały spokoju, pracy przy gazetkach w zaciszu podziemi [!], a nie bieganiny i wyścigów z policjantami.
Patrzcie, jakie wybredne! Wszystko, tylko nie kolportaż, bo musiałyby uciekać przed policjantami.
Ale dlaczego upierają się, by pracować w piwnicy?
Właśnie. W piwnicy łatwo spotkać Niemców, zwłaszcza niektórych.

Chciały tego czego ja, lecz żadna z nas tego nie dostała.
Ryły w piwnicach w poszukiwaniu Podziemia.  

A nasza drużynowa? Cóż, „Astra" była ambitna. Można ją było nawet nazwać typową patriotką. W ogień za chłopcami by się rzuciła.
To rzeczywiście ma swoją nazwę, ale inną.

Często z nimi była. Czasem częściej niż z nami. Zostawałyśmy wtedy z Agnieszką i Helką, by zasłonić dzieciom oczy. By nie widziały ulicznych cudów, ostatnich śmiechów i krzyków.
Co? Co oni robili, że dzieciom trzeba było zasłaniać oczy?!
Cóż, młodzież, hormony buzują.

To miało być dla nich odległe, a nas dotykać. Zbyt mocno…
Ulisses jest jaśniej napisany.

Czułam, że powinnam coś robić, ale to przecież było takie ogólne. Ludzie, którzy służyli Polsce byli traktowani jak schemat potwierdzający regułę.
Właśnie po to rysuje się schematy, żeby wyjaśnić regułę. Natomiast, jeśli chce się używać związków frazeologicznych, to trzeba je znać.
Byli traktowani jak schemat, czyli rozrysowywano ich na kartkach papieru i oznaczano różnymi dziwnymi symbolami.

A ci bierni? No cóż, z tymi było jeszcze gorzej, zdrajcy narodu, tak o nich mówiono.
Od bierności do zdrady to naprawdę jest jeszcze taaaaaki kawał drogi.
Poza tym, w początkach wojny, to ludzie mieli przede wszystkim do ogarnięcia własne życie – skąd wziąć chleb, opał, gdzie znaleźć kąt do mieszkania, jeśli czyjś dom spłonął… Konspiracja dopiero się rodziła, chaotyczna i niezorganizowana.
Przy czym w 1939 roku to nawet Rząd nie wiedział, czy rozwijać zasady działania obliczone na lata, czy nie. Przecież Francja w każdej chwili miała odeprzeć Niemców.

(...)
Dlatego ludzie się burzyli, spierali, że nie warto, że dziecinada, że Niemcy to już sobie z nami pograją, że i tak wygrają.
W grudniu 1939 to raczej wszyscy liczyli, że na wiosnę ruszą się Francja i Anglia, i wojna skończy się w ciągu pół roku.

(...)
Pamiętam, jak dziś, że nadszedł od strony szkoły przy ulicy Drewnianej i usiadł obok mnie, zerkając przy tym na Helenę, rzucającą kamyki do zmarzniętej wody. Włosy miał pokryte szronem, lecz uśmiech wciąż gościł mu na twarzy. Ten nieco dziecięcy uśmiech z majowego popołudnia zamienił się w pełen powagi gest radości.
Bardzo poważnie się uśmiechał. Bardzo poważnie.
Jak Doktor Białolicy z Gildii Błaznów Ankh-Morpork.

Emanowała od niego jakaś dziwna siła, której nie umiałam pojąć. Lecz nie była to siła jednostki – tłumaczyłam sobie. To tak jakby te trzy charaktery połączyły się w jedno.
Jesteśmy Borg. Zostaliście zasymilowani.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę – powiedział żywiołowo, zupełnie inaczej niż ten, który tłumaczył mi fizykę. Alek Dawidowski. Detektyw w harcerskim mundurku.
Ale dlaczego detektyw, przegapiłam coś?

– Skąd ta pewność? – Uśmiechnęłam się, jednocześnie patrząc kątem oka na Helkę, która wstała gwałtownie i oddaliła się w prawą stronę. W cieniu zachodzącego słońca [i blasku nadchodzącej nocy] dostrzegłam jej poważną twarz, po której spływała maleńka łza, będąca hołdem dla Warszawy i będącego hen, daleko, jej Zakopanego.
Albo po prostu coś jej do oka wpadło.

– Cóż miałabyś robić, jeśli z nami nie jesteś? – Rozpogodził się. – Pozostaje w domu być lub nad Wisłę chadzać.
A że waćpannie wilka siedząc nad rzeką złapać łacniej będzie, a to i składniej, bo zima sroga nadciąga i zacna wilczura na czasy te stosowną będzie…
***
Ufff. Nie ma to jak szkolne przekonanie, że wszyscy, bez względu na to, czy żyli w średniowieczu czy w dwudziestoleciu międzywojennym,  wszyscy lecieli dziewiętnastowieczną frazą wymyśloną przez Sienkiewicza.
W dwudziestoleciu względnie łatwo to wyjaśnić - właśnie tym, że Sienkiewicza się naczytali.

Ale zimno, panna taka chuda, niech się panna cieplej ubiera – zganił mnie. Mówiono mi kiedyś o jego zapędach medycznych, co wywołało nieśmiały śmieszek.
– Mnie jest ciepło, drogi druhu – zapewniłam go, bawiąc się grudkami śniegu, leżącymi obok mnie.
– Rudy pytał o ciebie – rzekł po chwili ciszy. – Nawet gdyśmy plakaty ozdabiali, to wspomniał, że panienki Kamińskiej dawno w Warszawie nie widział i myślał, żeś wyjechała – mówił, gestykulując przy tym.

A skoro nie widział, to wysłał za nią umyślnego z zaproszeniem na tajne komplety.

(...)
Tymczasem Alek ratuje zmarzniętego ptaka:
Dla ciekawych: wszedł do zamarzającej Wisły i wyjął z wody wronę, która nie wiadomo skąd tam się znalazła.
Ratowanie umierającego zwierzątka daje +100 do zajebistości.
I taki przemoczony i w zamarzających spodniach ciągnie swoją opowieść.
– Zobacz tylko, jakże piękne ma skrzydełka – wpadł w zachwyt i cieszył się jak dziecko, gdy ptak pozwolił mu się ogrzać i wyczyścić z resztek mrozu.
Za pomocą specjalnego mrozoodkurzacza.

– Leć, malutka! – Opuścił wronę na ziemię, a ta podreptała w zarośla.
Jaka nieposłuszna!

(...)
– Helka! – zawołałam przyjaciółkę. Podeszła do nas i uśmiechnęła się nieco cynicznie.
– Maciek Dawidowski? – Uniosła brwi w górę.
– Ano ja! – Wypiął dumnie pierś i rozpogodził się. – Przyszedłem panienki zabrać do szkoły.
– A to myśmy już jej przypadkiem nie skończyły? – Próbowała wykłócać się Kabicka, jednocześnie lustrując go wzrokiem.
No właśnie, ponieważ już “przypadkiem ją skończyły” to wypadałoby poszukać jakiejś pracy, zwłaszcza, że każdy zarobiony grosz się liczy.
Nie wspominając o tym, że istniał nakaz pracy.

– Wielu rzeczy można się teraz nauczyć, Helu – odpowiedział nieco zaczepnie Maciek. Brunetka tylko przewróciła oczami.
Tak, tak. Każdy, ot - tak sobie organizował tajne nauczanie. Wystarczyło mieć wolną chatę i grupę ziomali.

Po kilkunastu minutach marszu znaleźliśmy się na strychu domu Zośki, przy ulicy Koszykowej.
Bór jeden raczy wiedzieć, czemu na strychu, nie w mieszkaniu. Może lubili atmosferę suszącego się prania.
A w ogóle dom Zośki, czyli Dom Profesorów Politechniki Warszawskiej, to była solidna kamienica, nie jakaś chałupka:




Zima dawała się we znaki, niebo stało się ciemne, a wiatr chyba próbował liczyć nam żebra – tak ostro przeszywał ciało i smagał policzki.
Maciek wprowadził nas do dosyć ciepłego pomieszczenia. Okna uszczelnione były jakimiś starymi kocami, a na podłodze stała maleńka lampka. Wokół niej znajdowało się już kilka osób.
Ale dlaczego siedzieli na podłodze?

W blasku żarówki [wiem, że trudno w to uwierzyć, ale w czasie okupacji mieszkania oświetlano karbidówkami lub lampami naftowymi, bo Polacy w większości nie mieli dostępu do prądu] dostrzegłam skupione oczy Rudego i delikatne rysy twarzy Tadeusza. Oprócz nich znajdowało się tam też kilka nieznanych mi osób, a także Astra.
Wszyscy, wyraźnie ze sobą zżyci opierali się o siebie plecami [dziwna konfiguracja na siedzenie w kręgu] szeptali o czymś, co kryły młode serca i pili gorzką herbatę.
Ojej, jaka straszna bieda, muszą pić gorzką herbatę… tyle, że za okupacji prawdziwa herbata też stanowiła trudny do zdobycia rarytas i pijało się różne ersatze, np. z suszonych skórek jabłka.
W dodatku te wszystkie domowe “herbatki” z ziół i suszonych owoców, słodziło się sacharyną.
*****
Ale oni pili wyłącznie gorzką, okupowaną herbatę. Nie wytłumaczysz, że gorzka herbata to nie jest synonim lat 1939-1945.  

(...)
– No dobrze. – Zośka zamknął książkę, którą kartkował jeszcze przed chwilą. – Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że celem naszego spotkania nie jest nauka.
– To po zarazę tu przyszliśmy?

Helena przygryzła wargi i wpatrzyła się w niego. Znałam ją dobrze i wiedziałam, że nieczęsty to widok, gdy żywiołowa i temperamentna brunetka słucha kogoś z tak wielką uwagą.
AŁtorko, zdecyduj się. Opisywałaś Helenę jako osobę o kasztanowych włosach; do brunetki raczej jej daleko.

(...)
– Adria, mówi wam to coś?
- Nie, a co to?
Przepraszam, ale frazę “mówi wam to coś?” starannie popsuł serial Dom.

– Zośka rozłożył na podłodze jakieś rysunki i rękopisy.
Oraz kilka starodruków.
– To restauracja przy ulicy Moniuszki. Chodzą tam bogaci ludzie, dużo Niemców.
On im tłumaczy, co to Adria? Każdy warszawiak znał doskonale tę nazwę!

– Widocznie dobrze gotują – chrząknął Rudy, śmiejąc się cicho z Alkiem. Zośka zgromił ich wzrokiem.
– Może i dobrze, ale my chcemy, by jedzenie…
– Poszło w drugą stronę – wypalił Maciek i razem z Jankiem położyli się na ziemi, trzęsąc przy tym od salw pociesznego chichotu.
Czy naprawdę najśmieszniejsze jest, gdy dorosły mężczyzna kładzie się na podłodze i turla? Wiem, LOL i te rzeczy…
Nie, LOL jest na stojąco, a tarzasz się przy ROTFLu ;)
Jasne. Tu będzie dużo ROTFLu.

(...)
Janek popatrzył na mnie z pytaniem w oczach. Gdy Zośka i Helena wyszli, a Alek radosnym krokiem podążył za nimi, uśmiechnął się słabo.
– Czy będzie to pannie wielce przeszkadzało, jeśli odprowadzę panienkę pod dom? – zapytał uprzejmie.
– Nie widzę problemu – odparłam równie grzecznie. – Ale proszę, mówmy sobie po imieniu.
– Racja, po cóż te formalności. – Wyraźnie mu ulżyło. – Kasiu... naprawdę pomożesz nam z Adrią? Wiesz, nie wszyscy muszą zrywać się do...
– Ależ nie ma problemu! – przerwałam mu troszkę nietaktownie, za co się w duchu zganiłam.
No, wreszcie przeszli na “ty”. Ale… autorka o tym najwyraźniej zapomina, albo tak jej się podoba ten udziwniony styl, bo w dalszej części opka nadal panienkują.

– Morowa dziewczyna! – Ucieszył się. – Chodźmy, coraz chłodniej się robi, a jeszcze jak nas patrol złapie, to dopiero będzie! – Podał mi płaszcz i wyszliśmy z mieszkania.
Od ulicy wiało chłodem i mrozem kamienic.
Dlatego zimą w Polsce jest zimno, bo kamienice zieją mrozem.

Szliśmy w milczeniu, jeszcze niepewni tego, co mamy mówić. Jakby ktoś zamknął w nas słowa i nie chciał wypuścić, choć dwoiły się i troiły, by opuścić więzienie ust.
To wygląda na opis tłumionych wymiotów. Nie męcz ptaka, wypuść pawia na wolność!

(...)
– Dobranoc, Janku Bytnarze
skąd pomysł, żeby nazwisko odmieniać w wołaczu?
– pożegnałam się i ruszyłam w stronę domu.

– Dobranoc, Kasiu Kamińska – odpowiedział cicho. Odwróciłam się ostatni raz i dostałam małą kulką w ramię. [Taką z łożyska?] [Nie, nie obawiajmy się o bohaterkę, chodzi tylko o śnieżki, którymi zaczęli się z Rudym obrzucać] Pogroziłam mu ze śmiechem palcem i skryłam się w zaciszu podwórka.
Wyglądając potem przez okno widziałam, jak stoi na ulicy i patrzy w niebo. Żadna gwiazda tamtej nocy nie spadła. Nie wtedy…
A godzina policyjna jadła mu z ręki.

Rozdział 2 - Smacznego, panie Zawadzki!


Był piętnasty grudnia 1939 roku. Śnieg otulił już zziębniętą i przestraszoną Warszawę, a teraz swym białym płaszczem zachęcał [do czego? Nie wiemy i się już nie dowiemy] i mnie oraz Helkę, któreśmy stały przy Adrii, czekając na chłopców.
Dwie młode dziewczyny stojące przy wejściu do luksusowego lokalu mogły budzić jednoznaczne skojarzenia. Zarówno u przechodniów i portiera, jak też klientów Adrii.

Helena była opanowana, na jej twarzy nie malowały się żadne emocje. Była jak płótno, po którym nikt nie malował. Zawsze nieugięta, niezbyt uczuciowa i nie ulegająca chwili. Twarda, jak kamień.
Khę, czy nie była przypadkiem opisywana jako “temperamentna brunetka”?
Konspiracja zmienia wszystko.
To był temperament dobrze ukryty.

(...)
Nie mogłam się doczekać całej akcji; drobiłam w miejscu, przeskakując z nogi na nogę i co raz trafiając sobie w policzek własnym warkoczem.
Można chlasnąć się w twarz warkoczem, ale tylko przy piruetach, a nie przy drobieniu w miejscu.
Kolejna skacząca konspiratorka; to jakaś moda, czy co?
W skaczącą konspiratorkę trudniej trafić.

Hela tylko patrzyła na to z lekkim uśmiechem i w ciszy czekała.
– Nie cieszysz się? – zapytałam, by skłonić ją do rozmowy.
– Kolacyjką z tymi trzema?
Jak się okaże, w “akcji” wzięło udział o wiele więcej osób niż pięcioro, bo przygarnęli jeszcze parę osób na tę imprezkę.

Jakoś mi nie podchodzi ta forma spędzania wieczoru, ale co kto lubi – bąknęła, otrzepując sukienkę.
Phi, kolacja w Adrii - co za banał.
(...)

Dawidowski uśmiechnął się szeroko i przytulił mnie tak mocno, że prawie straciłam dech. Bytnar ucałował delikatnie moją dłoń i zaraz odsunął się w cień dryblasa, a Zośka tylko skinął głową i wskazał na wejście.
– Na mój znak. – Otworzył torbę i pokazał nam jakieś dziwnie wyglądające rzeczy; ni to granaty, ni kamienie.
Nie wiadomo co mają zrobić na jego znak. Popatrzeć na torbę?

Domyśliłam się, że to zapewne substancja wywołująca wymioty.
– Wejdziemy, pobędziemy tam chwilę, zostawimy prezenciki i wyjdziemy, jak najszybciej, żeby samemu się nie struć tym gazem.
– To ci dopiero konspiracja, druhu drużynowy! – emocjonował się Alek.
Hop-sa-sa
Konspiracyjo nasa!

Dodajemy od siebie i przybijamy żółwika.

– Pamiętajcie, by być jak najbardziej naturalni – przykazał jeszcze Rudy, a Zośka podziękował mu spojrzeniem.
Zgodziliśmy się wszyscy i jeszcze z paroma osobami z Buków, [w kupie raźniej, a sporej kupy nikt nie ruszy] weszliśmy do środka.
Wszyscy zasalutowali i krzyknęli “Faj-na ta kon-spi-ra-cja!”

Adria była piękna. Na końcu sali siedział zespół muzyków, którzy umilali czas gościom, po lewej bar i podłużny stół, po prawej zaś parkiet i część ze stolikami gości.
Lokal był obliczony na półtora tysiąca gości, miał podium dla orkiestry i obrotowy parkiet do tańca. To nie była tancbuda w klubie przy remizie.

Patrzyłam na to wszystko oniemiała i musiałam się powstrzymać, by nie otworzyć z zachwytu buzi.
Czułam się w tym miejscu malutka i tak onieśmielona tym przepychem i dostojnością, że miałam wrażenie, iż padnę z tych cudowności.
Przedwojenna Adria faktycznie olśniewała, ale czy ta z grudnia 1939 zdążyła powrócić do dawnego przepychu? (Tak się zastanawiam, kto wie – może faktycznie zdążyła)

Co jak co, ale moja rodzina to bogatych nie należała. Ojciec owszem, pracował przed wojną jako szanowany redaktor jednego z głównych warszawskich pism, a matka nauczała w szkole przy ulicy Drewnianej, jednak teraz, gdy pieniędzy brakowało praktycznie na wszystko…
...najlepszym pomysłem na świecie było pójść na kolacyjkę do eleganckiego lokalu.
W znoszonym, skromnym ubraniu nie będzie się tam rzucać w oczy.
Wiesz, może autorka kształtuje swoje wyobrażenie okupacji opierając się na takich serialach, jak “Wojenne dziewczyny” - o ile pamiętam, wszystkie bohaterki, nawet Żydówka, która uciekła z getta, miały śliczne, nowe, kolorowe ciuchy, jak prosto z żurnala.
Wystarczył mi jeden odcinek Czasu humoru, żeby zachwycić się realiami okupacji.

A propos nie tyle opka, co odpindrzonych pannic z serialu…

Przechodnie (...) wyglądali jednolicie, należeli wszyscy do jednej klasy. Wspólne nieszczęście upodobniło wszystkich i zrównało. Z twarzy kobiecych znikła szminka, znikły również kapelusze. Były uważane po prostu za niewłaściwe. Noszono na głowach chusteczki, szaliki, czapki. Rzadko również ujrzałeś w ręku kobiety torebkę. Torebka zawadzała, stawała się nieaktualna, ręce bowiem zajęte były dźwiganiem wiadra z wodą, naręcza drzewa, worka z węglem (...). I nikt nie wstydził się swego stroju ani tych ciężarów, przeciwnie: elegantka, modnie ubrana i uszminkowana, spotkałaby się z ogólnymi drwinami.
Konspiracyjne pismo “Prawda”, 1940, cyt. za: T. Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Warszawa 2010, s. 225.

(znaczy, osobiście wydaje mi się, że co do tych drwin z uszminkowanych elegantek, to są takie trochę pobożne życzenia autora tekstu, jednak choć ludzie radzili sobie jak mogli, to faktycznie zdobycie nowych, i to jeszcze eleganckich ciuchów, im dłużej trwała wojna, tym bardziej graniczyło z cudem)

Stałam więc, niczym taka sierotka, patrząc na kremowe obrusy, brzdąkające naczynia, srebrne sztućce. Wszystko to dawało moim oczom uciechę.
– Mogę pannę zaprosić dziś na kolację? – Usłyszałam ciepły, miarowy głos.
“Miarowo”, to w grupie można skandować okrzyki.
Mo-że on tak mó-wił jak ro-bo-ty w daw-nych fil-mach S-F.

Skończyłam podziwiać wystrój restauracji i spojrzałam na Rudego. Odsunął mi krzesło i zapraszającym gestem wskazywał na miejsce.
Rudy tak się wzbogacił na tym wstawianiu szyb i innych dorywczych robotach, że stać go było na kolację w Adrii?
Tak się narzeka na selekcjonerów odrzucających gości przy wejściach do klubów, a przecież oni robią to, co zawsze robili odźwierni -  przepędzają tych, którzy nie pasują do lokalu. Choćby dlatego, że nie wyglądają na gości, których stać na wodę sodową.

Ale najważniejsze, że wpuszczono ich kupą do Adrii i w dodatku z wielką, ciężką torbą.

Usiadłam więc i w oczekiwaniu na to, co zaraz będzie, zaczęłam czytać dania w karcie.
Hm, akcja zagazowania Adrii rzeczywiście się odbyła, nie wiem co prawda, jak dokładnie przebiegała (Kamiński opisuje ją bardzo zdawkowo), ale nie sądzę, żeby konspiratorzy spokojnie zjedli kolację, a dopiero potem przystąpili do działania. Obstawiam, że raczej było to szybkie wtargnięcie, rzut pojemnikami z gazem do środka i błyskawiczna ucieczka.
A gdzie romantyzm? Rodzenie się uczuć? Patrzenie w oczy?

Już od samego czytania burczało mi w brzuchu, a do czego by doszło, gdyby któraś z tych potraw stanęła przede mną…
Została zaproszona na kolację, więc kelner, czekający na zamówienie, stoi już przy ich stoliku.

– Boisz się? – szepnął Bytnar, pochylając się w moją stronę.
– Odrobinę – przyznałam szczerze. – Ale jestem ciekawa, co też Zośka wymyślił.
Aha. Idzie na akcję w lokalu i nie ma pojęcia, na czym ona ma polegać?
Pełna konspiracja! W razie wpadunku Niemcy nic się od niej nie dowiedzą.

A Zośka, kilka stolików dalej, próbował dotrzeć do Heli, przemówić jakoś do jej serca czy uszu, jednak i to, i to było dla niego zamknięte. Zawzięty charakter nie pozwolił mu się jednak poddać i spróbował nieco innym torem. Spojrzał na blat stolika. A gdyby tak pociągnąć za jeden róg, to szklanka stojąca na drugim…

– Boże, co robisz? – Helena powstrzymała się, by nie krzyknąć; mogłoby to zwrócić niepotrzebną uwagę dwóch panów w czarnych płaszczach siedzących przy barze.
Gdyby je zdjęli, nikt by nie wiedział, że oni są ci źli. Dlatego zabili faceta w szatni i teraz siedzą w płaszczach.

Natomiast zrywanie obrusa i tłuczenie szklanek przez młodych ludzi nie zdumiałoby nikogo. Wcale a wcale.
(...)

[Hela] Pstryknęła palcem w pieprzniczkę, która wylała swe czarne łzy na talerz Zawadzkiego.
– Moje życie jest takie popieprzooooone! – zaszlochała.

– Smacznego, panie Zawadzki! – prychnęła, uśmiechając się przy tym niewinnie.
Już zamówił potrawę, już miał ją zjeść, a tu na talerzu czarne łzy pieprzniczki i popieprzone wszystko.

Zośka odebrał to jako zaproszenie do wojny. Lekki uśmieszek wkradł mu się na miejsce poważnych rysów twarzy, a dłoń jego powędrowała na rączkę przewracającej oczami Kabickiej. Zrzuciła ją natychmiast i obdarzyła go spojrzeniem, jakim lustruje się ludzi, którzy nie przypadli do gustu.
I trwał ten kontredans oczu i rąk.

Alek patrzył na to wszystko, sącząc gorzką herbatę przy ladzie z alkoholami.
Barman posłusznie zaparzył mu liptona nie informując nikogo, że jakiś dziwoląg jest w lokalu.

(...)
Zasłoniłam dłonią usta i zaśmiałam się cicho, jednocześnie zerkając w stronę Zośki. W tym samym momencie i on popatrzył na mnie. Bezgłośne dwa słowa zawędrowały na jego usta, po czym uciekły i skryły się u mnie.
Ślurp!

„Już czas" wyczytałam z jego warg. Rudy schylił się powoli i przesunął torbę w swoją stronę. Był zadziwiająco spokojny, jakby robił to od dziecka.
Nieno. Przesuwanie torby trzeba ćwiczyć. Latami.
Taki, na przykład, pułkownik von Stauffenberg źle przesunął teczkę i jaki był tego efekt, to sami państwo wiecie.

– Czas się zbierać – ziewnął, rozglądając się wokół. Alek odstawił szklankę i wykonał jakiś znak ręką.
Złapał się za nos w geście “ale śmierdzi!”

Rudy odpowiedział mu tym samym.
Patrząc znacząco na kilka osób z Buków. Oni też palcami ścisnęli nosy.
Zośka i Helena wstali od stołu i skierowali się do wyjścia.
Natomiast torba sama z siebie zaczęła emanować emetykiem.

Dawidowski odebrał od odźwiernego płaszcze i uchylił drzwi.
Płaszcze podawał odźwierny, bo szatniarz w tym czasie zmywał naczynia.
Bo ci w czarnych płaszczach zabili pomywacza stojącego w szatni.

No tak, wybrali się na akcję, podczas której, co chyba oczywiste, należało się liczyć z szybką ewakuacją – ale płaszcze grzecznie oddali do szatni...
I ani słowa o płaceniu rachunków.

Jeszcze chwila, jeszcze jeden krok. Emocje rozsadzały mi ciało, cieszyłam się jak dziecko. Bytnar zauważył to i pochylając się w moją stronę, wyszeptał:
– Gotowa?
– Gotowa – odpowiedziałam cichutko i ostatni raz obróciłam się w stronę restauracji. Ulotne piękno. Kiedyś nic z niej nie zostanie.
Gdybym wiedziała, jak bardzo miałam wtedy rację...
– Teraz! – prawie syknął Tadeusz. Pomieszczenie wypełnił gęsty dym, z którego ramion się wyrwaliśmy, wypadając na ulicę.
Dym z ramionami? To musiał być dżin z Aladyna!

Krzyk, zamieszanie, brzdęk tłuczonych talerzy, szklanek.
Śmiech chłopców rozniósł się po ulicy i odbił echem od śpiących kamienic.
To oni w nocy robili tę akcję? Po godzinie policyjnej?
A kto kamienicom zabroni spać w ciągu dnia?

– Udało się, udało! – Alek porwał biedną Helę i uściskał, ignorując czujne spojrzenie Tadzia. – Ach, nie wierzę, żeśmy to zrobili!
– Nie takie akcje będziemy robić! – zapewnił go Zawadzki, zerkając na Kabicką.
– Guten Abend, meine Damen und Herren! - Usłyszeli za sobą. Na chodniku stał patrol żandarmerii.
– No ba! Patrzcie, patrzcie jakeśmy ich wykiwali! – Bytnar wskazał na tłum ludzi wybiegających z Adrii i upadających na śnieg.
– Ja, ja. Ausweiss bitte!

Rozdział 3 - Szklane serca

Czas mijał, jednak w tym swoim biegu nie pozbył się wojny. Wyprzedzała go, zapalona biegaczka i nim zdążył dać się komuś, to już go zabierała do siebie, zgarniała medal za nową duszę i uciekała. Przeklęta sportsmenka.
Na dopingu, jak nic.

Zabrała także kilku PLANowców, od których oddzieliły się Buki. Astra obraziła się na Zeusa, gdy początkowo zostawił działania PLANowe (a on sobie dużo robił z tego, że obraziła się na niego drużynowa jakiejś pomniejszej drużyny), lecz pod koniec stycznia 1941 roku dziękowała mu za to stokrotnie.
Jeżu… jak już posługujemy się datami, to wypadałoby je sprawdzić. Wielka wsypa PLAN-u to styczeń 1940, a w 1941 Zeus siedział już w sowieckim więzieniu.

Agnieszka i Hela patrzyły na jej działania z przekąsem, jednak nie mówiły za wiele.
“Z przekąsem”  to znaczy ironicznie.
A teraz wyobraźmy sobie aresztowania i śmierć członków PLANu i dwie pannice, które z tego stroją sobie żarty.

Zastępowe usunęły się w cień – mundury powędrowały na dno szafy, zostały tylko chusty, by można było rozpoznać daną drużynę i jakoś się znaleźć w ciemnych i zimnych podziemiach kościołów.
Mam rozumieć, że w podziemiach kościołów codziennie plątały się takie tłumy ludzi, że te konspiratorki z Bożej łaski dopiero po chustach mogły się odnaleźć i rozpoznać?
Nooo, jak mieszkańcy stolicy zeszli do Podziemia, to się ścisk zrobił.

Chłopcy znów zniknęli, pojawiali się czasem gdzieś w tłumie ulicznym, niosąc przy sercu egzemplarze gazetki „Polska żyje". Bo żyła. Wtedy jeszcze żyła.
A potem wzięła i umarła. I trzeba było napisać nowy hymn.

Pamiętam, jak wpadłam na Rudego, idąc ulicą Piwną do kościoła świętej Anny. To był bodajże początek lutego 1940 roku. Powietrze mroziło oddech, gwar na ulicach ustał przez dokuczający ludziom mróz. Samochody wlekły się, niczym żółwie, tak bardzo śpiące i nie mogące wyrwać się z chciwych rąk okupacji.
Żółwie mają to do siebie, że wleką się, kiedy śpią. Za to jak już się obudzą - to fruuu…!

Ściskałam torbę, przewieszoną przez ramię i szłam dość szybkim, marszowym krokiem. W tej całej nagonce i pragnieniu bezpiecznego dotarcia do dziewcząt, nie zauważyłam rudawej czupryny, wyłaniającej się zza rogu.
– Kasia? – zapytał, gdy zderzyłam się z nim. Mimo że był najniższy z całej trójki, to wciąż wyższy ode mnie. Wszelako uzdolniony, lecz nie wywyższający się tym.
Czy tylko mnie się wydaje, że chodziło o “wszechstronnie” albo coś w tej podobie?
Wszelako to jest takie ładne słowo, że musiało zostać użyte. Bez względu na znaczenie.
(...)
– Och, wybacz mi, nie zauważyłem, tyle pracy – tłumaczył, rozglądając się bacznie. Wokół nas kręciło się dużo ludzi, część z nich patrzyła na chłopaka uważnie. Wraz z nadejściem okupacji nabraliśmy wszyscy obawy, że każdy może być niemieckim szpiegiem.
Skąd taki brak wiary w rodaków?

To sprawiało, że przemykanie się spokojnie uliczkami było bardzo trudne i nie raz na plecy wstępował zimny pot.
Dlatego konspiratorzy przede wszystkim starali się nie wyróżniać, nie zwracać na siebie uwagi; dlatego też normalnie chodzili ulicami, a nie “przemykali się”.

– Ano ja! – odpowiedziałam wesoło i zerknęłam w bok. Wydawało się, że jesteśmy bezpieczni. – Coś taki zdenerwowany?
– Na akcję śpieszę – wyszeptał, a głos ten wprawił mnie w drżenie. Wzdrygnęłam się lekko, a on uśmiechnął dla przeciwwagi tego ruchu. (ała) – Będziemy szyby w okna wstawiać, by ludzie do domów wracali, bo jak im szyby we wrześniu wytłukło, to strzelili focha i wyjechali bo ziąb taki, że nie da się wytrzymać! – Zatarł ręce i chuchnął na nie, śmiejąc się przy tym. – Chcesz ze mną iść, Kasiu?
– Jeśli Zośka i Alek nie będą mieli nic przeciwko, to z chęcią – cieszyłam się.

I tak zaczyna się scena jak z baśni. Nie jest tajemnicą, że Rudy pracował jako szklarz (uwaga dla aŁtorki - to nie hobby, ale zawód, który powinien przynieść dochód pozwalający kupić chleb), lecz w opku praca w warsztacie szklarskim urosła do rangi działań magicznych, łącznie ze szkłem z dupy wziętym.
PS. Po oblężeniu Warszawy szyby były potwornie drogie. Niewielu mieszkańców było stać na oszklenie wybitych okien, dlatego po wrześniowych bombardowaniach zabijano je dyktą i uszczelniano szmatami.

(...)
Poszłam więc za nim na ulicę Piwną, gdzie w głębi kamienicy stali jego przyjaciele.
Znaczy, na podwórku? Czy na klatce schodowej? A może wtopili się w ściany?
W piwnicy, rzecz jasna. Znaczy w podziemiu.

Alek, jak zwykle nieuczesany i w rozpiętej koszuli oraz podwiniętych do łokcia rękawach. Dziwiłam się, że temu radosnemu człowiekowi nie jest zimno – zima tego roku była przecież tak ostra i mroźna.
Zośka stał obok w płaszczu i patrzył na przedstawianą mu przez jakiegoś harcerza szybę.
Mam nadzieję, że harcerz nie był w mundurze. A zresztą, kto ich tam wie...

Oglądał ją okiem fachowca, jakby od dziecka robił w przemyśle szklarskim.
- O nie! Ta się na nic nie przyda! Ma pęcherze. Podajcie mi, szklarze, czystą taflę!

Jego oczy były poważne, skupione. Rozbłysły tylko na chwilę, gdy Rudy walnął go w ramię i zaznaczył swoją i moją obecność.
Bo Zośka czekał. Wciąż czekał na moment, gdy będzie mógł porozmawiać z Helą. Ale ta chwila wcale nie chciała nadchodzić. Wręcz przeciwnie – śmiała się Tadziowi w twarz i uciekała pomiędzy kamienice Starówki.
Pewnie ścigała biegaczkę-wojnę.

Popatrzyłam w górę. Rzeczywiście, większość mieszkań była przewiana przez zimowy wiatr, który nie znajdował przeszkody w szybach.
Czekano z tym na harcerzy, którzy w ramach akcji “niewidzialnej ręki” przyjdą i wprawią szyby? Przez pięć miesięcy i to w czasie jednej z najsurowszych zim dwudziestego wieku?
Rwać nać! W tym czasie Berlin odcięty był od dostaw żywności, bo taka sroga zima była.

Okna ziębły gołe i puste, nie dające żadnego obrazu, a będące tylko pustą ramą, czekającą na oczy, gotowe przez nią popatrzeć.
Nie rozumiem i nie chcę zrozumieć.
Czasami też z okien pustych domów patrzyła zgroza czarna, a po ulicy patałętał się Schiller. Fryderyk, nie Leon.

– I jak tam wam idzie, panowie? – zapytał Rudy, prawie wisząc na ramieniu Alka. Zośka zmierzył go potulnym spojrzeniem i wskazał na kilka oszklonych okien. Błyszczały pięknie w lutowym słońcu.
Zapłatą był ten piękny widok, od którego aż serca rosły.

(...)
Rudy i Alek ucichli. Dawidowski wychylił się lekko z bramy. Nastała grobowa cisza, w której dudniły zdenerwowane serca. Wstrzymałam oddech; po bruku stąpały ciężkimi krokami czyjeś nogi, wcale nam nie przychylne.
Nogi uzyskały świadomość i niedobry charakter.

Janek i Tadek wymienili spojrzenia.
– Do środka, już! – rozkazał szeptem chłopak. Pobiegliśmy w stronę wejścia na klatkę schodową. Obrypane z tynku ściany były dość żałosnym widokiem. Przeraźliwy wiatr dął w nas nieprzyjemnie. Przestrzeń wypełniły nieme pytania o to, co się z nami stanie. Jeśli to patrol – byliśmy zgubieni.
Ale dlaczego? Czyżby szklenie okien było nielegalne?
Pewnie tak...

(...)
Helena zajrzała w głąb podwórza, po czym pokręciła z rezygnacją głową i zagryzła wargi. Jej kasztanowe włosy zalśniły w blasku południa, a oczy przeniosły się na twarz towarzyszącego jej chłopaka.
Czterooki zamrugał ze zdziwieniem, patrząc w jej puste oczodoły.
- Meine Mutti zawsze mówiła, że w Warszawie dzieją się złe rzeczy. - Pomyślał ze zgrozą, próbując zogniskować wzrok na swoich butach.

– Nic tu po nas – powiedziała i postąpiła krok na przód. Czarny płaszcz jej towarzysza odbił się w nowo wstawionych szybach. Nikt wtedy go nie zauważył. Nikt nie przypuszczał, że ta czerń stanie się symbolem zdrady i naszego nieszczęścia. Bo staliśmy się w tamtym momencie jednością.
Jedni tworzą drużynę gotując zupę rybną, inni szkląc okna.

Jak szyba bez żadnej rysy. Przynajmniej tak myśleliśmy.
***
Dni mijały, a my razem z nimi. To zadziwiające, jak szybko Warszawa zmieniła się z Paryża północy w podnóżek Hitlera.
Yy?
Ałtorka chyba tu kogoś obraża.

Marcowe dni były dość słoneczne i wypełnione tajnymi kompletami oraz zbiórkami w zaciszu piwnic lub puszczy Kampinoskiej.
Siedemnastego marca 1940 roku szłam Piwną w kierunku odwrotnym do placu Zamkowego. Zastanawiałam się nad tym, jak to możliwe, że mimo swojego charakteru odnalazłam się w całej tej okupacji.
No, jakby… nie miałaś wyjścia?
AŁtorka używa frazy “odnaleźć się w okupacji” w przeciwstawnym znaczeniu - nie jako dostosowanie się do realiów okupacyjnych i próbę przeżycia, ale (o dziwo!) jako wstąpienie do ruchu oporu.

To było dla mnie niepojęte. Wszak ja, postrzegana jako delikatna i krucha stanęłam w szeregu wraz z nimi.
Bo ja jestem, proszę pana,
taka egzaltowana.

(...)
Bla bla, dziewczyny obgadują chłopaków...

– Zgodzę się z panienkami, Tadzio to zawsze taki nieprzewidywalny chłopaczyna! – Usłyszałyśmy radosny głos. Odwróciłyśmy się zaskoczone. Za nami pojawił się Alek, lecz nie sam o nie, bo w towarzystwie rikszy, na której siedział zadowolony.
Riksza też wyglądała na zadowoloną.

(...)
– Maciek? A co ty wyprawiasz na Starówce? – zdziwiłam się, podchodząc do niego i opierając się na ramie „pojazdu".
Riksza obraziła się za ten cudzysłów.

– Ano rikszą ludzi wożę! – Pochwalił się i z dumą wskazał to, na czym siedział. – Widzicie panny jakie cudo?
– A skądże taki pomysł, by rikszą podróżować, panie Dawidowski? – zaciekawiła się Cynka.
– Bieda w stolicy. – rzekł nieco smutno. – Trzeba sobie jakoś radzić, prawda? Ja żem ludzi wożę, a nasz Janeczek kochany naucza, taki mądry, wiecie panny?
- Ano wiemy, jaśnie paniczu, łoj! - bystre dziewczyny momentalnie dostosowały się do rozmówcy.
A riksza radośnie zamerdała wachlarzem.

(...)
– No, wsiadać panny, to was przewiozę! – zaprosił.
– A gdzie to nas pan powiezie? – zapytałam.
– Jak to gdzie? Na jedyną słuszną aleję, moje panie!
Pojechaliśmy więc na aleję Niepodległości.

(...)
Dawidowski nie trapił się czymś tak niezbędnym, jak pukanie do drzwi, tylko pchnął je mocniej i wszedł do mieszania.
Przecież gdy siedzi się w konspiracji po uszy i w każdej chwili do mieszkania może wejść Gestapo, to się nie zamyka drzwi.

(...)
– Panie Bytnar, przyprowadziłem panu dwie takie, co to nie umieją matematyki.
No i co? Dziewczyny, które już zdały maturę, będą chodzić na kursy, żeby poprawić matmę?
No ba, przecież jak zdobędą więcej punktów, to będą mogły startować na lepsze studia, c’nie?

– Alek, przecież wiesz, że mam teraz lekcję i nie mogę... – Urwał w pół zdania, gdy Maciek odsunął się i wskazał na nas ręką. Czarny zamilkł na chwilę, lecz odzyskał zaraz trzeźwość umysłu.
– Zatem witam panny w mojej szkole! – Ukłonił się nisko. – Fizyka, matematyka, a może literatura?
A może francuski, a może biologia?
***
Szkolnictwo w czasie okupacji to nie były koleżeńskie spotkania dla zabicia nudy, lecz starannie opracowany program nauczania, kończący się egzaminami maturalnymi, albo dyplomem uniwersyteckim.

– Panienka Kamińska, to chyba pragnie się nauczyć literatury romantycznej
tak, zwłaszcza  twórczość Mickiewicza miała dla niej nieodparty urok.
prawda Kasieńko? – Alek objął mnie za ramiona i szturchnął ze śmiechem.
Litości. Ona zdała już maturę; niech raczej idzie do roboty.
“Odnalazła się w okupacji”, więc teraz ma dużo wolnego.

– Oczywiście! I romantyzm, i wiersze jakieś do tego – dokończyłam. – Pan Bytnar przecież miłuje się w wierszach, mam rację? – Uniosłam brwi.
– Nie tylko w wierszach, panienko – rzekł poważnie, lecz była w tym nutka radości.
Borze, przejdźcie już wreszcie na “ty” i przestańcie męczyć siebie i nas tym panienkowaniem.
...Aaaale zaraz, przecież przeszli. Ze trzy rozdziały temu.


Po chwili z salonu wyszedł Tadeusz, a spoglądając na Helenkę rozpromienił się wielce. Jak zwykle przedstawiał wzór maturzysty, przyszłego studenta, którym nigdy nie został. Gdyby mógł, pewnie całe swe życie spędziłby w koszulach zapiętych pod szyję.
Studiował na tajnej Politechnice Warszawskiej, więc mógł chodzić rozchełstany.

Widziałam w nim inteligenta z wyższych sfer, a przecież był tylko Tadkiem, który bał się wyrażać uczucia i tak, jak Alek nie wypowiadał wielkich słów. Cała jego osoba była jakby zamknięta na innych, a otworzyć ten skarbiec mogli nieliczni. Pierwsza z dziewcząt, klucz otrzymała Hela, jednak wyrzuciła go daleko za siebie. Złapali go przyjaciele, którzy już dawno poznali złoto i kamienie, skrywające się w Tadeuszu.
Pytanie: czy miał złote serce i kamienie w nerkach, czy raczej serce z kamienia, ale za to złote ręce?

(...)

Powrót Rudego został oklaskany, a książki znów zaszeleściły. Popatrzyłam na to z radością. Na nic zamknięte szkoły, skoro można otworzyć własne. Ot co, niech Niemcy wiedzą, że co jak co, ale edukować, to się Polacy będą.
No, może lepiej jednak niech nie wiedzą.


– Proponuję zostawić na chwilę nasze cudowne wzory – zaśmiał się Janek. – i przejść do czegoś łatwiejszego.
– Hurrra, hurrra! Będzie zastępstwo na matmie!

(...)

***
– Chleba nie ma, wody ciepłej, a ty tu cyrki odstawiasz, że marmoladę będziesz robił? – Helena popatrzyła na Zośkę z dezaprobatą. Był wieczór przy początku kwietnia, a biedny chłopak próbował wytłumaczyć jej swój plan zarobku.
– A cóż lepszego mam do roboty? Szyby wstawione, Alek ma rikszę, Rudy uczy, a ja? – Rozłożył bezradnie ręce i uśmiechnął się dla dodania sobie otuchy. Brunetka popatrzyła na niego sceptycznie.
– Tadeusz, jak ty to sobie wyobrażasz? Kto to kupi?
Racja. Bardziej opłacalne byłoby pędzenie bimbru.
– A znajdą się, uwierz mi. – Oparł się o komodę i skrzyżował ręce na piersiach.
Pewnie, że się znajdą. Ludzie kupią wszystko, co jest do jedzenia.
Produkcja marmolady wymagała pieniędzy, bo i produkty trzeba było kupić, jakąś melasę czy sacharynę, mieć też odpowiednio wielkie garnki, nie mówiąc o piecu i węglu.
Zwłaszcza z opałem był straszliwy problem, bo węgla nie było, a wszystko co drewniane można było zimą spalić, to spalono.
Ciekawe, czy aŁtorka słyszała o marmoladzie z buraków, czy będzie nam wmawiać truskawki i jabłka?
Kamiński pisze o marmoladzie z marchwi, jabłek i rabarbaru, ale z tych składników na początku kwietnia dostępna była raczej tylko marchew.

– Chcesz biedę biednymi leczyć, Tadeusz.
A to ma sens. Zabić biednych, pokroić i nakarmić tych głodujących...

To się nie uda. – Wydęła malinowe usteczka.
Zawadzki przygryzł dolną wargę, a oczy błysnęły mu przebiegle.
Spojrzał na jej usta i już wiedział, z czego zrobi marmoladę...

– A jeśli...
– Słuchajcie, nie uwierzycie, co się stało! – Do mieszkania przy Koszykowej wpadł zdyszany Alek, a za nim weszliśmy ja i Rudy. Zośka popatrzył na niego z pytaniem w oczach.

Rozdział 4 - Herbata niczym krew
To będzie rozdział o Brytolach? Oni podobno mają w żyłach herbatę zamiast krwi.
Może nawet o tych, z którymi już mieliśmy do czynienia.

– Coś znowu zbroił? – zapytał Tadeusz, patrząc na niego przenikliwie.
– Byłem w lesie, tak wiecie, żeby przejść z Jędrkiem Makulskim – opowiadał Dawidowski. Bytnar zniknął na chwilę w kuchni, po czym wrócił ze szklanką wody, którą podał przyjacielowi. – Dzięki Rudy. A więc, słuchajcie. No byłem w tym lesie i zobaczyłem, że ziemia jakby niedawno rozkopana.
Nooo, jeśli był w Palmirach...

No to wziąłem, odkopałem i patrzę, a tam tyle [świeżych zwłok?] amunicji, tyle broni!

Jak rozumiem znalazł broń z Września, leżącą w ziemi przez pół roku.
Niech pokopie głębiej, może znajdzie Morsa.

(...)
– Żeby się tylko w ręce naszych harcerzy nie dostała – rzekł Janek, śmiejąc się. – Bo te jelenie – wspomniał żartobliwie zastęp Maćka. – to zaraz się wystrzelają.
– Ciebie w pierwszej kolejności. – Wyszczerzył ząbki Glizda.
Glizda szczerząca ząbki może się przyśnić.

– Nie no, panienka Kasia by płakała, mam rację, moja droga? – Popatrzył na mnie.
– Płakać to ja będę, jak zamiast w Rudego, to trafisz w siebie, Dawidowski. – Roześmiałam się i ucałowałam go w policzek na zgodę. Nie wiedziałam tego, ale gest ten zakłuł w serce rudawego harcerzyka.
– Proszę, o proszę, nawet Kasia przeciwko mnie! – Maciek pokręcił głową z rezygnacją. – Rudy, ogarnijże swoją…
Ojej, te przekomarzanki.

(...)
– To co? Chcesz z nami pójść i zobaczyć ten alkowy składzik?
Jasne, pokazujcie go każdemu, kto się napatoczy...

***
Nie poszłam jednak, bo śpieszyłam się na zbiórkę. Pierwszy kwietnia 1940 roku, kolejny żart ze strony wojny. Jednak dziś nikogo nie śmieszył.
Ponieważ czasy są ponure, wykreślamy z kalendarza pierwszy kwietnia!

Zbiórka odbywa się w podziemiach kościoła.
Oczywiście, że w podziemiach. Przecież harcerstwo też było podziemne.

(...)
Harcerki rozsiadły się po kątach i rozmawiały o swoich błahostkach, bądź śpiewały cichutko jakieś stare piosenki.
Przykre to było, że harcerze, będący częścią lasów [jak driady, panie kochany, jak driady!], musieli je tak nagle opuścić i skryć się nie wśród drzew, a pomiędzy sztabem generalnym kolumn i zamiast obserwować gwiazdy, patrzyli na ciemność piwnic.
Autorka pewnie bardzo by się zdziwiła na wieść, że konspiracyjne zebrania wszelkiego rodzaju odbywały się przeważnie w zwykłych mieszkaniach.
Cóż zrobić, skoro “działalność w podziemiu” kojarzy jej się wyłącznie z zejściem do piwnicy.

– Gdzie Astra? – zapytałam, kucając przy Agnieszce. Dopiero teraz dostrzegłam obok niej śpiącą Helkę.
Czy one na stałe mieszkają w kościelnych piwnicach, czy po prostu Hela zapadła w śpiączkę opkową?

– Pewnie dopiero idzie – odpowiedziała przyboczna, ziewając nieco. – Wiesz przecież, Marysia zawsze się spóźnia.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową. No tak, Łuczkowska miała ewidentny brak poczucia czasu. Bawiło to całą kadrę, która zwykle ustalała dwie różne godziny zbiórek. Jedną dla drużyny i wcześniejszą dla Mani.
Mania “Astra” jest ich drużynową, więc jaka “kadra” ustala dla niej inne godziny zbiórek? Może sam Grot Rowecki? To raz, a dwa - wątpię, by powierzono przewodzenie drużynie komuś, kto ma takie problemy z organizacją własnego czasu. Drużynowa powinna być wzorem dla harcerek.

Zostawiłam obok Agi torbę, zamieniłam kilka słów z garnącymi się do mnie harcerkami i wbiegłam po schodach na górę. Może Astra zapomniała, gdzie jest wejście, albo błąka się gdzieś na górze, bo Helka zamknęła drzwi?
Element Komiczny atakuje podstępniej niż Gestapo.

Odetchnęłam głęboko i pchnęłam wrota, prowadzące na ulice. Do moich uszu dobiegły jakieś krzyki. Wychyliłam się nieco i zamarłam.
Te czarne, kręcone włosy rozpoznałabym wszędzie. I tą zawsze pełną wigoru postać. Ubrana w sięgającą kolan beżową sukienkę, stała z dwoma policjantami. Jeden z nich szarpnął nią mocno i wyrwał dziewczynie torbę.

Na jej twarzy pojawiło się przerażenie, a gdy granatowy otworzył wieko, zbladła. Zaśmiał się kpiąco i wyjął z dna czarno – czerwony materiał.
Pełna dekonspiracja!
Rozumiem przenoszenie tajnych gazetek czy innych nielegalnych materiałów, ale po kij od jakiej mietły ona nosiła ze sobą chustę harcerską?
Tak, wiem, na tę zbiórkę w podziemiach kościoła, gdzie miały się po chustach rozpoznawać wśród krążących tam tłumów.

Pomachał nim przed twarzą dziewczyny i zmiął w kulkę, po czym cisnął nią w dół ulicy.
Spróbowała wyrwać mu torbę, co spotkało się z dość agresywnym odepchnięciem jej w stronę ściany.
Tej torby.

Patrzyłam na to wszystko, zupełnie nie wiedząc, co mam robić. Najchętniej podbiegłabym tam, spróbowała jakoś to załagodzić, ale wiedziałam, że to lekkomyślne.
(...)
Poza tym, Astra pewnie zganiłaby mnie za to.
Nie lubiła niesubordynacji i wychodzenia przed szereg. Wszystko miało być idealne.
Tak jak idealnie zgrany w czasie moment spotkania z granatowymi policjantami i precyzyjny plan zwrócenia ich uwagi na torebkę z trefną zawartością.

Tak idealne i wymierzone jak ten strzał prosto w głowę, który otrzymała od granatowego przechodnia.
Granatowi przechodnie mogli najwyżej odprowadzić ją do chłopców w eleganckiej czerni od Hugo Bossa.
Policjant: Tak sobie tylko tędy przechodziłem! Z bronią. Zobacz, Broniu, jakie zbiegowisko!

I nie tylko chusta stała się czerwona.
(...)
Byłam jakby przykuta do ziemi, a moje serce wbito w kajdany.
Gdyby była po prostu wbita w ziemię, a jej serce - zakute w kajdany, opis nie byłby dość dramatyczny.

(...)
Upiorna rzeczywistość popołudnia okupacji. Krwawa sielanka.
Brzmi podobnie jak “krwawa kiszka”, ale jest smaczniejsza.

Policjanci odeszli, zerkając ze zrezygnowaniem na ciało dziewczyny, które legło na ulicę.

Idziemy szukać sensu.
Zastanawiam się nad prawdopodobieństwem całej sytuacji. “Granatowa policja”, nie zapominajmy, była formacją polską; podporządkowaną Niemcom, ale składającą się w większości z przedwojennych polskich policjantów. Czy zabiliby ot, tak na ulicy rodaczkę, wyłącznie za posiadanie harcerskiej chusty?
Nie. Nawet gdyby się szczególnie zirytowali, to mogli tylko odprowadzić na posterunek niemieckiej policji.
Bardziej prawdopodobne wydaje mi się zatrzymanie jej, nawet nie za tę chustę, a za wygląd - czarne, kręcone włosy! Musiała pewnie nieraz się tłumaczyć, że nie jest Żydówką.

Prawdopodobieństwo tej sceny jest zerowe, bo polska policja "granatowa" nie miała prawa do spontanicznego używania broni na ulicy.
Co właściwie działo się z trupami ludzi tak o zabitych na ulicy?
Gdy patrol żandarmerii zabijał przechodnia, obowiązkiem dozorcy było zawiadomienie Magistratu, że przed kamienicą leżą zwłoki, a wtedy  władze miasta  na własny koszt wysyłały wóz po ciało, które chowano we wspólnym grobie jako NN na Bródnie. Nikt nie zajmował się powiadamianiem rodziny. Ale jeśli przy zwłokach znaleziono Ausweiss, wówczas do akt miejskich wpisywano dane zabitego.
Dlatego bliscy osób które nie wracały do domów, mogli iść do Magistratu z pytaniem czy nie odnotowano ich śmierci.
Oczywiście, gdy zabity był w konspiracji, to lepiej było się nie wychylać.

Gdy upewniłam się, że nie zawrócą, a nawet jeśli, to zdążę uciec, podeszłam do dogasającej drużynowej i uklękłam przy niej. Delikatnie uniosłam głowę dziewczyny i odgarnęłam włosy opadające jej na twarz.
Wyglądała, jakby śnieg cery został okraszony czarnymi, hebanowymi lokami. Z czoła sączyła się ciemnoczerwona krew, powoli spływająca na moje palce.
A opis żywcem jak z baśni braci Grimm:
Wkrótce potem królowa powiła dziewczynkę białą jak śnieg, rumianą jak krew i o włosach czarnych jak heban. Nazwano ją Śnieżką.


Byłam dość drobna, ale podniosłam ją delikatnie w górę i bardziej ciągnąć, niż niosąc, doszłam do drzwi kościoła.
Nie wiem po co. Zupę z niej ugotuje, czy jak?
O mięso było trudno...

(...)
– Weźcie ją, błagam – poprosiłam półgłosem, rzucając spojrzeniem ku gromadce zdezorientowanych harcerek. Hela udźwignęła wysuwającą mi się z dłoni Marysię i bez słowa przykazała, bym zajęła się dziewczynkami. Wraz z Agnieszką ułożyły ją pod ścianą i poczęły obmywać twarz z zasychającej krwi.
Pierwsza pomoc dla umarłego.
Rodzinę byście zawiadomiły, albo co.

– Druhno, a co się stało Mani? – zapytała mnie jedna z druhenek, Gabrysia. Jej brązowe loczki szalały na maleńkiej główce, a  grzywka opadała na ciemne oczy. Ukucnęłam przed nią, by nie mierzyć jej wzrokiem z góry i uśmiechając się blado zaczęłam tłumaczyć:
– Kochanie, Marysia została złapana przez policjantów. – Reszta harcerek zgromadziła się wokół mnie. Usiadłam więc i co raz dając znak Heli czy Adze, zachęciłam małe do słuchania. – Bo widzicie, Marysia wykonuje tajną misję dla Polski. I musi ją teraz dobrze przemyśleć, więc poszła spać, wiecie?
*wywraca oczami*
Po pierwsze, po jaką cholerę ciągnęłaś tam jej trupa.
Żeby zostawić ślad krwi na chodniku i pokazać gdzie odbywają się zbiórki.
Po drugie, dzieci, które przeżyły już pół roku okupacji, chyba nie dadzą się nabrać na bajki, że “Marysia poszła spać”.
Zwłaszcza, że zwłoki są nieźle zakrwawione. Chyba, że Kasia K. wymyśli na poczekaniu, że druhna zasnęła z twarzą w talerzu z barszczem.

Ci panowie tam na górze chcieli wyciągnąć od niej informacje, ale Mania się nie dała. – Wyrzuciłam ręce w górę. – I jest tak dobrą aktorką, że padła przed nimi, a oni myśleli, że śpi.
– A to pacany! – roześmiała się Gabi.
Jakby to ująć… do konspiracji nie przyjmowano kilkuletnich dzieci...

Karolina, zastępowa „Płatków” popatrzyła na mnie smutno i szepnęła „Nie mów bajek".
Ale one potrzebowały tych bajek. Miały tylko kilkanaście lat,
Whuuuuuuut?! Byłam przekonana, że mowa o jakichś siedmiolatkach!
No więc tym bardziej - już widzę okupacyjne nastolatki, jak wierzą w takie bajeczki.

były jeszcze zbyt kruche, by przyjąć taki cios.
A do tej pory przebywały w krainie tęcz i kucyponków, nie widziały oblężenia i zburzenia Warszawy, żadnej nie aresztowano rodziców, nie znały nikogo, kto zginął. Mogły sobie spokojnie być kruche i delikatne jak księżniczki na ziarnku grochu.

(...)
– Kasiu, możemy zaśpiewać jej kołysankę, by się jej lepiej spało? – Gabrysia, będąca również najmłodszą z harcerek, wdrapała mi się na kolana. Przytuliłam ją mocno i ucałowałam w czółko.
Jezu. Niechby nawet miała jedenaście lat, to już nie wiek na wdrapywanie się na kolana…

– Możecie – odpowiedziałam, po czym wzięłam małą na ręce [naprawdę - na ręce! Kilkunastoletnią dziewczynę, działającą w konspiracji!]  i wraz z innymi podeszłyśmy do zimnego ciała Łuczkowskiej.

Wiecie, ten kawałek jest tak absurdalny, że wrzuciłam go na fejsa, wywołując w ten sposób radosną głupawkę wśród znajomych.

I ona kuca przed kilkunastoletnią Gabrysią z loczkami na maleńkiej główce? :D
Może jakaś straszna kolubryna z tej bohaterki...
Skoro nosiła zwłoki... No wyobraź sobie taką wielką druhnę jak wpada do kościoła z trupem na ramieniu i potem kuca przed druhenkami. Troll jak nic, trzeba było na Niemców wypuścić :P
Niemcy nie mieliby szans :D
Ciekawe, co z tym trupem później zrobiła...
(na głazie troll, samotny gość, obgryzał smętnie gołą kość...)
Może niegłodna, tyle się tego walało...

Agnieszka odsunęła się nieco i ocierając potok łez przytuliła kilka druhen. Helena pozostała niewzruszona; patrzyła tylko smutno na bezwładne ręce, usta zastygłe w uśmiechu, skryte pod chustą oczy, które wiele razy wypatrywały jej, gdy uciekała na samotne wędrówki do lasu i pouczały matczynym spojrzeniem.
Jedna dziewiętnastolatka
dla drugiej dziewiętnastki jest jak matka.
(...)



***
12 kwietnia 1940 roku.
– Rudy, w czym ty widzisz nudę? – Zośka odłożył sprawdzone grypsy na kupkę, do której przyłożył karteczkę z napisem „ul. Dobra". Gwizdnął przeciągle i po chwili jeden z „Jeleni" wpadł, zasalutował mu z uśmiechem, wziął listy i wybiegł do reszty, czekającej przed lokalem, bo tak nazywali „kurierzy" strych na Koszykowej 75.
Przepiękna scena z życia okupowanej Warszawy.  Pod klatką schodową kłębi się grupa chłopców, reagujących na gwizdanie z poddasza.
Mnie się kojarzy “Timur i jego drużyna”, ale to już chyba dawno wyleciało z lektur szkolnych ;)

– W porządkowaniu karteluszek – przedrzeźniał sposób mówienia Zawadzkiego. – Ja chcę akcji, Zośka! Akcji!
– Akcję to ja ci dam i to niezłą. Pójdziesz czyścić z Alkiem broń i amunicję, jak tak cię nudzi papierkowa robota – odparł chłodno Tadeusz.
Nudzi cię papierkowa robota, więc ZA KARĘ pójdziesz czyścić broń. Zośka, twoje skille w zarządzaniu ludźmi wylatują w kosmos :)

Bytnar przewrócił oczami, po czym zmiął zapisywaną przez siebie kartkę i cisnął nią w przyjaciela. Niespodziewający się ataku chłopak spadł z krzesła i w pomieszczeniu zaległa cisza.
*z zainteresowaniem* - złamał sobie rękę?
Wszyscy byli w szoku, że gościa strąciła z krzesła papierowa kulka.
Nie otwierajcie drzwi, bo przeciąg go porwie!
Zośka był hobbitem, oni potrafią powalić każdego, rzucając byle czym.
ROTFL?
Jak pomyślę o włochatych stopach Zośki, to faktycznie ROTFLam.

Janek  wstał z kąta, gdzie tworzył już kolejne „pociski" [przepraszam, ale czy z tych więziennych grypsów, przesłanych z narażeniem życia?] i powoli podszedł do biurka.

– Zośka? Żyjesz? – Pochylił się nad leżącym na ziemi drużynowym, a gdy tylko to zrobił, został przewrócony na podłogę za pomocą kopnięcia w nogi. Legł więc obok wyraźnie rozbawionego Tadka i również wybuchnął pociesznym śmiechem. Kilka grypsów zsunęło się z blatu i pofrunęło na ręce rudawego. Uniósł je i przeczytał w skupieniu. Zośka uniósł się na łokciach i również zajął się weryfikacją  treści [weryfikowali je pod kątem prawdy?] tych – możliwe – ostatnich słów.
Chcecie to wierzcie, nie chcecie - to nie, ale oni naprawdę czytają grypsy z więzienia.
W takim razie “weryfikacją” może być cenzurowanie i uzupełnianie ich treści.
“Moja kochana, jutro wywożą nas do pracy”. Dopisek “A wcale że nie! Pani mąż dostał ołowicy w Palmirach. Hahaha!”

Twarz jego znów nabrała posągowych rysów, a oczy pociemniały, jakby przykrył je płaszcz tych zdań.
Twarz zapięła płaszcz na guziki oczu, odwróciła się i posągowo odeszła.

(...)
Alek przeczesał złotawe kołtuny [Jak miał kołtuny, to należałoby je rozczesać, a nie przeczesać] [i sprawdzić, czy się co nie zalęglo] i opierając się o wysuniętą szufladę, począł czytać.
Odrzucił po chwili podany mu gryps i spojrzał na Rudego.
– Czytałeś to? – Uniósł brwi.
– Tych na Miodową jeszcze nie. – Bytnar wziął od niego list.
Czytają! Czytają grypsy więzienne!

„Jestem taki samotny, najdroższa. Samotny w tłumie, w którym nie ma Ciebie. Zobaczymy się jeszcze, Aneczko?"

Trochę włos mi się zjeżył na myśl, że facet ma życzenie ujrzeć Aneczkę w więzieniu.
Eno, myślę, że raczej siebie i Aneczkę na wolności.
Samotny w tłumie. To było największe nieszczęście dla więźnia Gestapo.
Po prostu w oględny sposób pisał, że cela jest zapchana do granic możliwości.

(...)
– Rynek, biała kamienica, drugie piętro. Chyba musisz tam grypsy dostarczyć, mam rację, Tadeuszku?
– Ależ oczywiście! – Potaknął Zawadzki i wręczył przybocznemu plik kartek. – Tylko śpiesz się, rudzielcu.

Kamiński o pracy w “komórce więziennej” pisze tak:
Chłopcy rozdzieleni zostali na niewielkie zespoły według dzielnic, całością dowodził Zośka. Każda dzielnica miała swój lokal, na który co dzień przychodziło kilka lub kilkanaście drobnym makiem zapisanych grypsów więziennych. Karteczki te kurierzy rozwieźć mieli po mieście i doręczyć adresatom. Ponieważ zaś adresaci z reguły nie oczekiwali ani karteczek, ani nieznajomych „listonoszy” - o kłopotliwe nieporozumienia było nietrudno.
Więc: nie “weryfikowali treści”, nie przepisywali, tylko po prostu dostarczali pod wskazane adresy.

***
(...)

Zamyśliłam się tak, spoglądając na oblany ciepłem rynek. Kilku policjantów siedziało na ławce [opierdalając się, zamiast patrolować ulice], ludzie spieszyli gdzieś w nieznane, a tu, w okienku, czas się zatrzymał. Gdzieś w środku mieszkania mama parzyła herbatę, Amelka bawiła swe lalki, a ja czułam, że nic mi nie grozi, że choć tu mogę patrzeć na coś, co jest wolne. Bo nieba nikt nie okupuje. Tylko puchate chmury.
Wtem, ktoś zastukał do drzwi. Oderwałam się od tych kwietniowych widoków i zatrzymując mamę ruchem dłoni, podeszłam do korytarza. Strzepnęłam jakieś paproszki z zielonej sukienki i otworzyłam.
Moim oczom ukazał się zdyszany Bytnar.
(...)
Grypsy dla pani Wąsowskiej niosę – tłumaczył.
Pani Wąsowska bardzo się ucieszy, jak dostanie kilkanaście karteluszek - jedną dla siebie, a resztę dla bór wie kogo.
Obawiam się, że pan Wąsowski zdążył wysłać z więzienia plik grypsów, zanim chłopcy zabrali się do roznoszenia.

Poza tym - no niby wiem, że są przyjaciółmi, że działają razem w harcerstwie, ale pierwsza zasada konspiracji mówi: nie opowiadamy wszystkim  o tym, co robimy!
Niechby teraz gdzieś przypadkiem Niemcy zwinęli naszą Kasię - już mogliby z niej wyciągnąć, że Janek roznosi grypsy od więźniów.

– To naprzeciwko. – Wskazałam nieco obrypane drzwi na wprost. – Ale może pan wejdzie na herbatę? Niech pan odpocznie, panie Bytnarze.
Jeśli już, to “panie Bytnar”.

– Z chęcią, panienko. – Ukłonił się nisko i roześmiał. – Dzień dobry szanownej pani! – Zwrócił się do mamy, która zbawiona moim chichotem wyszła z kuchni.
Zbawieeenie przyszło przez chichot, ogromna to tajemniiica!


Jej lekko siwe, rude włosy zalśniły w słońcu, a dobre oczy zlustrowały nieoczekiwanego gościa.
Straszne natężenie rudości w tym opku.

Ucałował z galanterią jej dłoń i przeprosił za tak nagłe wtargnięcie.

(...)
Miłe to były chwile, gdy człowiek nie musiał się jeszcze martwić, że herbaty oraz życia tak po prostu zabraknie.
Nie no, spoko, czym tu się martwić w 1940 roku. A śmierć drużynowej niecałe dwa tygodnie temu to był po prostu przykry wypadek.

Rozdział 5 - Harcerka, która nie umie strzelać

To był dwudziesty maja 1940 roku.
Wojska niemieckie zajmują Benelux.
Bracia Winchester płyną statkiem do Francji ;)

Tak tylko dodam, że to był poniedziałek.

Ciepły, nieco wietrzny dzień zastał mnie pośród miękkiej pościeli w mieszkaniu na Rynku. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się, niechcący uderzając Amelkę, siedzącą mi na nogach. Jej złote loczki odbijały w sobie blask słońca, a niebieskie, typowo aryjskie oczka wlepiały się we mnie z uwagą.
A wzmianka o aryjskich oczkach ma służyć temu, że…? Autorka sugeruje, że Amelka jest ukrywającym się żydowskim dzieckiem, akurat szczęśliwie o bezpiecznym typie urody?

– Ile ty śpisz, Katarzyna! – Ułożył brodę na mojej klatce piersiowej i uśmiechnęła się. Pocieszna siedmiolatka. – Wypiłam twoje mleko, bo stygło, wiesz? – powiedziała to tak niewinnie, że nawet nie zrobiło mi się żal tego cudem zdobytego mleka.
– Wiem, szkarado. Głodomorze jeden i co ja teraz zjem? – Zakryłam głowę kołdrą i udałam, że się obraziłam. – Będę głodować!
No cóż, sama jest sobie winna, skoro nie raczyła wstać, kiedy ktoś - domyślam się, że matka - gotował cudem zdobyte mleko.
Zresztą mleko i tak przeznaczane było głównie dla dzieci, więc dwudziestoletnia, dorosła pannica raczej nie miała na co liczyć.

(...)
– Mamusia i tatuś poszli, a jak wyszli, to przyszedł taki pan i powiedział, że on koniecznie z tobą porozmawiać musi.
Zadrżałam, lecz spojrzałam siostrze prosto w oczy i wydukałam:
– A-a czy ten p-pan poszedł? Wpuściłaś go do domu?
– No tak! – Wyszczerzyła ząbki. – Ale on powiedział, że jeśli cię nie zobaczy, to nie pójdzie. Coś dać ci chciał, wiesz? Może to święty Mikołaj?
Jeeeeeeeżuuuuu!!! Siedmiolatka w czasie wojny wpuszcza do domu obcego człowieka i jeszcze ma nadzieję, że to Mikołaj (w maju)?! Biedne, opóźnione w rozwoju dziecko...
Tego roku Mikołaj nie zdążył w terminie, bo wybuchła wojna zimowa i renifer Rudolf dostał powołanie do armii fińskiej.

(...)
Dawidowski jak zwykle przypominał człowieka huraganu. Jakby ścigał się z tym warszawskim wiatrem, a tamten próbował rozwiać jego próżne nadzieje na zwycięstwo.
Biegunka słów przy obstrukcji sensu.
Naprawdę huragan jest w stolicy tak częstym zjawiskiem, żeby nazywać go “warszawskim wiatrem”?

W dłoniach obracał jakiś mały przedmiot. Podrzucił go kilka razy, po czym rzucił do mnie. Gdy znalazł się w moich rękach dostrzegłam, że to nabój. Nie wiedziałam do jakiego [czorta], jednak wydał mi się intrygujący. A jeśli był w posiadaniu Alka, to musiał mieć jakieś znaczenie. Bo chłopak, mimo tego jak postrzegał go Zośka, był cholernie inteligentny.
Testem na inteligencję będzie jego tłumaczenie, gdy patrol go obszuka i znajdzie ten nabój.
“Myślałem, że to szminka”.

(...)

– Po co mi to, Dawidowski? – zapytałam, oddając mu nabój. Wcisnął go do kieszeni i wyszczerzył ku mnie ząbki.
Wyszczerzone ząbki - są.  Bez nich opko nie byłoby ważne.

– Oświadczyny, moja droga. – Roześmiał się.
– To nie mnie, a Basi winieneś go podarować – przypomniałam mu. Pokiwał ze śmiechem głową i przeczesał włosy. – Coś się stało, że budzisz biedną harcerkę?
– Budzę? Kasiu, wszak już dwunasta!
Mamy już wiosnę 1940 roku, kilka miesięcy wcześniej okupant wprowadził obowiązek pracy dla wszystkich Polaków od 14 do 60 roku życia. Mało tego! Każdy starał się dostać jakąkolwiek pracę. I nie chodziło tylko o pieniądze (a przy okupacyjnym głodzie i drożyźnie każdy grosz się liczył), ale przede wszystkim o Kartę Pracy, dokument, dzięki któremu można było ocaleć z łapanki.
A ona śpi do południa, bo ma bardzo długie wakacje.

(...)
Zostawiliśmy moją siostrę u sąsiadki i rikszą popędziliśmy do ogrodu Saskiego.
Fiu-fiu! Stać ich na rozbijanie się rikszą po mieście!
W takim razie po cholerę panna ma trudzić białe rączki jakąś pracą?

Pośród połaci zieleni i kwiatów siedzieli Rudy i Zośka, żywo nad czymś rozmawiający. Patrząc na nich z daleka można by pomyśleć, że to ludzie nie stąd. Oderwani zupełnie od tej wojennej rzeczywistości.
Ogród Saski w czasie wojny był “tylko dla Niemców”.
No, właśnie widać że odkleili się od rzeczywistości.

Obserwowałam ich dopóki Alek nie postanowił rzucić się w iście tygrysim skoku na rozprawiającego o czymś Rudego. Zaskoczony Bytnar legł na ziemię, przewracając też i Dawidowskiego.
Razem potoczyli się w stronę kwiatowego klombu i wylądowali w jakiejś kałuży przy ogrodzeniu.
Oczywiście mamy też Turlanie.
Ciesz się, że nie ciurlanie.
Ze śmiechu, w kałuży.
Ten moment, kiedy nie masz pewności, czy to Alek, Rudy i Zośka, czy Larry, Moe i Curly.
Albo Hyzio, Dyzio i Zyzio.

(...)
– Myśleliśmy nad obozem – rzekł w końcu Zośka. – Ale nie możemy wziąć odpowiedzialności za te dzieci.
Brak odpowiedzialności za harcerzy będzie nową zasadą działania kadry?
W ten sposób nikt się nie zorientuje, że ma do czynienia z harcerzami. Pełna konspiracja.

Jeśli w lesie będzie duża grupa ludzi, to zbiegną się Niemcy i zrobią taki raban, że się nie pozbieramy.
Tak. Słowo “raban” jest tu najwłaściwsze.

(...)
Powinniśmy się chyba zastanowić, co chcemy robić dalej. Nie możemy wiecznie tkwić w komórce, [tu widać, że oprócz opacznego zrozumienia pojęcia “podziemie”, aŁtorka ma też problem z “komórką”]  broń wyczyszczona... – mówił Zośka, lecz Rudy przerwał mu na spokojnie.
– A po co nam broń, skoro strzelać nie umiemy? Weźmy ją na ten biwak.
I tak właśnie powstała partyzantka.

Chociaż my się nauczmy, dzieciaki to jeszcze krzywdę sobie zrobią.
Uczcie się, uczcie. Najlepiej metodą prób i błędów.

(...)
– No, ale nie ma co! Idziemy do lasu. Tylko... czy ktoś mógłby dowiedzieć się, co z drużynową Virtuti Rosy?
Jak ostatnio sprawdzaliśmy, nadal nie żyła, a co?
***

Helena bębniła palcami o hebanowy blat biurka.
Dźwięk odbijał się echem od ścian i powracał do niej, jak posłuszny piesek.
Z puszką w pysku.  
No to musiała nieźle walić w stół, że aż echo niosło.
A że heban jest czarny (tyle, że nie), więc narasta nastrój grozy.

Wokół niej roztaczał się zapach tytoniu.
Tytoniu czy dymu tytoniowego, bo to dość zasadnicza różnica?

Białe ściany przytłaczały swą jasnością w miejscu tak ciemnym, jak jej obecne myśli.
Poprawiła rozpadający się warkocz i chrząknęła. Siedzący naprzeciw niej mężczyzna zgasił papierosa i popatrzył na nią. Jego pociemniałe oczy świdrowały ją i wprawiały w drżenie blado – sine dłonie.
Blond włosy miał jakby zakurzone, lecz może była to kwestia ledwo tlącej się lampki. Ubrany pod krawat towarzysz (z Centrali?) przez chwilę patrzył na orła lśniącego mu na piersi po czym przeniósł spojrzenie na dziewczynę.
– Cokolwiek, Sophie – powiedział po polsku z wyraźną niemiecką twardością wymowy.
– Nie powiem ci czegoś z niczego, Max – odpowiedziała.
Nawet z głowy też nie.

Uderzył pięścią w biurko, a leżące na nim papiery rozsypały się. Nie wzruszona tym gestem kontynuowała. – Żeby zdobyć cokolwiek, musiałabym dołączyć do nich. A nie chcę.
A to nie jest tak, że Hela od dłuższego czasu już bierze udział w konspiracji?

Nie mogę tak, Bauermann.
– Dlaczego? – Przechylił się w jej stronę.
– Sumienie mi nie pozwala – odparła zimno.
Yyyy, zaraz… tak trochę zbieram szczękę z podłogi na mysl, że taką rozmowę toczy gestapowiec z przesłuchiwaną Polką. “Nic ci nie powiem”, “nie mogę”, “nie dołączę do nich” - a ten spokojny, w pysk nie daje, po pejcz nie sięga...

– Ty nie masz sumienia, Sophia. – Zaśmiał się kpiąco. – Cóż ci po tym? Wystarczy, że on ci zaufa, że poda te cholerne informacje, a my otworzymy celę. Chyba warto grać o taką stawkę, mam racje Angerer? – Uniósł brwi. – Czas mija…
Yyyyy, zaraz… Więc ta Helenka, którą nasza główna bohaterka zna od dzieciństwa, naprawdę jest Niemką i nazywa się Sophie Angerer?
Natomiast nie ulega wątpliwości, że gestapowiec dużo wie o członkach Podziemia, tylko z niejasnych powodów nie chce z nimi rozmawiać.
No przeca nie umie po polsku!

I tak oto w opku pojawia się Sophie Angerer. Skąd i po co - tego nie wiemy i jak można podejrzewać, aŁtorka też nie wie.

– Wiem – przerwała mu. – Postaram się. Tylko dajcie mi ten czas, o którym mówisz.
Mężczyzna napisał coś na świstku kartki i podsunął jej. Czarny atrament wyrył na bieli słowo „rok". Helena przygryzła usta.
– Daję ci tyle i ani dnia dłużej – wycedził szeptem.
Pffff, to jakieś mało ważne te informacje, skoro może na nie poczekać rok.

– I zdecyduj. Albo twoje życie, albo ich.

(...)
Nie było w niej poczucia winy. Od tak dawna nie czuła się Polką... Cały ten świat, w który została wplątana był jakby poza jej świadomością. Nie chciała go, ale nie widziała drogi ucieczki. Przytakiwała każdej akcji, na którą ją zabierano. Bo i cóż miała robić?
No nie wiem, podpisać volkslistę, czy cuś?
Wydać grupę robiącą smród w Adrii?

Skoro nie czuje się Polką i w dupie ma to wszystko, po kij od jakiej mietły angażuje się w konspiracyjne harcerstwo i akcje Małego Sabotażu?
Gdyż nie ma co robić.
To wszystko z nudów, Wysoki Sądzie, to wszystko z nudów...

To niepojęte w co się wplątała, matka pewnie byłaby wściekła, gdyby się dowiedziała. I ojciec…
Ale wściekli o konszachty z Gestapo, czy o polskie harcerstwo?

Ale to dla nich. Dla nich będzie musiała rozkochać w sobie Tadeusza Zawadzkiego.
Widzicie to poświęcenie, do którego byli zdolni konspiratorzy w chwili próby?

Najwyraźniej Gestapo potrzebuje informacji, jaki Zośka jest w łóżku.
Bo tak poza tym, to przecież ona i bez rozkochiwania wie wszystko o działalności chłopaków, ich kontaktach, planowanych akcjach - mogłaby już teraz sypać aż miło!

***
Nastał czerwiec 1940 roku.
Koniec Francji.

Ucałowałam mamę, tatę i Amelcię i wyszłam z domu. Była godzina szósta rano, na ulicach pojawili się już pierwsi przechodnie (nie, godzina policyjna latem była do piątej, a wiele zakładów zaczynało pracę o szóstej lub siódmej rano, więc teraz na chodnikach są tłumy, panuje tłok i jest godzina szczytu), a ja marszowo podążałam w stronę katedry floriańskiej.
“Marszowe podążanie” musiało się rzucać w oczy.

Jeszcze wtedy przedostanie się na prawą stronę Wisły nie stanowiło problemu. Co nastało potem – nie teraz o tym.
Na razie był ostatni czerwcowy dzień, a ja wyruszałam na wakacje.
Przecież okupacja nie mogła być aż taka zła, żeby nie wyjechać na wakacje, prawda?

*blada furia podpowiada mi kilka komentarzy o obozie nad Sołą, otwartym akurat 14 czerwca i że jeżdżono tam ciężarówkami, a potem nawet bezpośrednimi pociągami*.
Ale nie dam się sprowokować.

(...)
Agnieszka otrząsnęła się po stracie Marysi, która była jej wielka przyjaciółką i uznała, że dobrze jej zrobi oddech mazurskiego lasu.
A paszporty jaśnie państwo mają? Bo wiecie, Mazury są za granicą, w Rzeszy Niemieckiej… Zresztą przed wojną też były.

Każdy z nas musiał odpocząć, odetchnąć nieco. Chłopcy po swoich akcjach zarobkowych, my po utracie drużynowej.
I dlatego najlepiej pojechać w głąb Rzeszy. Z bronią.

(...)
Mimo tego, że do wszystkiego podchodziłam radośnie, to przerażało mnie pukanie do drzwi, drżałam na widok murów Pawiaku [Pawiaka], zamykałam oczy pod kocem, gdy za oknem szalała burza. Chciałam tylko kochać i być kochana. Nic więcej nie było mi trzeba.

Zbiegłam do podziemi katedry, gdzie zgromadziła się już reszta wesołej gromadki. Poukrywane w skrzyniach garnki, plecaki i ubrania oraz namioty, czekały na zapakowanie.
Weźcie je razem z tymi skrzyniami, będzie większa konspiracja.

Nie mogliśmy przyjść tu od razu z zapakowanymi plecakami, bo przecież wzbudziłoby to nie lada podejrzenia.
Niespodzianka – wiele osób chodziło po Warszawie z plecakami, przede wszystkim – szmuglerzy przywożący ze wsi żywność.

Znosiliśmy więc to przez kilka tygodni i prosząc księży o schronienie, poukrywaliśmy. A teraz nastał czas, by wziąć to na plecy i opuścić Warszawę.
Z pieśnią na ustach i z załadowanymi plecakami.

Przywitałam się z przyjaciółmi i czekając na rozkaz Zawadzkiego, stanęłam niedaleko Bytnara. Uśmiechnął się, po czym schował do plecaka swoją chustę, którą miał dotąd na szyi
Aha. Autorka twierdzi, że granatowy policjant zastrzelił “Astrę” za harcerską chustę schowaną w torebce, a ten tutaj nosi ją sobie beztrosko na szyi? Bo o szóstej rano po mieście nie chodzą żadne patrole, tak?
Tak wcześnie? Skądże!

i zapytał:
– Gotowa?
– Gotowa – odparłam, przymykając oczy.

A jak naprawdę wyglądały harcerskie wyjazdy?

Wiosną, jesienią, w okresie lata (a czasem zimą) wyjeżdżaliśmy (harcerki i harcerze) za miasto. (...) Wyjeżdżaliśmy małymi grupami po 2-3 osoby. Nie rozmawialiśmy ze sobą ani na przystankach, ani w przedziałach kolejowych. Rozproszeni w różnych przedziałach zachowywaliśmy jak największą ostrożność. na trasie szosy jechaliśmy grupami z opóźnieniem 20-30 min. Na miejsce przybywaliśmy też w takich odstępach czasu. Taka sama zasada obowiązywała przy powrocie. Jechaliśmy czasem umyślnie w różnych porach dnia i nie tym samym składem pociągu, co poprzednicy.
Wiesława Lodwich-Jackowiakowa, [w:] Harcerki 1939-1945, s. 148


Rozdział 6 - Pif - paf, Niemcy!



Dostanie się na Mazury, gdy wokół kręcili się Niemcy – prawie niewykonalne, szczególnie w naszym kilkunastoosobowym składzie, który łatwo można było złapać i pozamykać na Pawiaku.
Tam też się kręcą, a pod bokiem mają Stutthof.

Zdecydowaliśmy więc, że ostatniego dnia czerwca wyruszymy do Zalesia Dolnego, gdzie domek mieli państwo Zawadzcy. Malownicze tereny nad jeziorem, dom ukryty w lesie – to wszystko napawało nasze serca powiewem wiatru z innego świata, wiatru niosącego wolność, swobodę i radość.
Wybierali się na teren Rzeszy, wylądowali pod Piasecznem. Mądra decyzja, ale po zarazę jechali na Pragę, skoro Zalesie leży na lewym brzegu Wisły?
No i jakim cudem kilkanaście osób w kolumnie marszowej, z pełnym ekwipunkiem, nie zwróciło na siebie uwagi?
Ani chybi przebrali się za Hitlerjugend.

(...)
Domek był mały, na uboczu, ale pomieścił w swych ścianach nas wszystkich.

Rozdzieliliśmy się na pokoje, by drużyny nie wchodziły sobie w drogę. W sumie byłyśmy tam my z Różyczek, kadra starszo harcerskich Buków i kilku chłopców z innych oddziałów drużyny Chrobrego.
Kilkanaście osób.  W domku Zawadzkich, który był lokalem kontaktowym dla działaczy Podziemia. Pewnie się ucieszyli, tym bardziej, że nasi mistrzowie konspiracji chodzą w harcerskich mundurach.

Wyjęłam z plecaka mój nieco wyblakły mundur i popatrzyłam na promienie słońca, które odbijały się w krzyżu. Srebrzysta powierzchnia błysnęła w moich oczach. Hela usiadła na ziemi i obracała w dłoniach pas. Wyglądała na zdenerwowaną, jakby nie mogła się zdecydować, czy założyć fartuch, czy nie.
W sensie, że idzie teraz do kuchni gotować obiad?
Na litość boską, fartuch nie jest i nigdy nie był synonimem munduru!

(...)
Helena biła się z myślami. Z jednej strony nie chciała ranić Tadeusza, ale miał być on kluczem do otwarcia celi, za której kraty szarpała w rozpaczy.
Póki co, sumiennie wysyłała Maksowi raporty o tym, że Tadzio świetnie całuje.

(...)
Siedząc czasem samotnie w mieszkaniu rozmyślała nad tym, jakby to było, gdyby go kochała. Bo Hela nie umiała kochać.
CKNUK!

Było to dla niej pojęcie obce i bez jakiegokolwiek znaczenia. Uczyła się, lecz uczniem była leniwym i opuszczała wiele lekcji, by uciekać na te, które odbywały się w cieniu murów Pawiaku. [Pawiaka]. Reszta to bełkot.


(...)
Wszyscy stali przed domkiem w równym szeregu. Niesamowity był to widok – pomarańczowe i czarno – czerwone chusty, jaśniejące na szarych i zielonych mundurach.
Srebrne krzyże na piersiach i lilijki, które lśniły na nakryciach głów. Kilkanaście głosów powtarzających ukochane „czuwaj" i oczy wpatrzone w mówiącego Zośkę.
A więc stoją sobie przed domkiem w mundurach, z krzyżami i wszystkimi odznakami...
I głośno wołają “czuwaj!”.
Konspiracja, mać ich gamratka.

Jedną z podstawowych zasad konspiracyjnego harcerstwa było “wtopić się w tłum”, a zatem żadnych mundurów, chust, odznak - ewentualnie jakieś “niewinne” elementy typu przypinki z koniczynką. Organizując zbiórki przygotowywano alibi np. w postaci kursu kroju i szycia, bądź spotkań towarzyskich typu imieniny. Wyjazdy na biwaki były krótkie i organizowane dla niezbyt wielkiej liczby osób naraz. Instruktorzy mieli obowiązek dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo swoich podopiecznych i nie narażać ich bez potrzeby.


Wieczorem Kasia i Rudy tańczą romantyczny taniec pod gwiazdami, ale niestety, pospolitość skrzeczy!

Hela podbiegła do nas i drżącym głosem wyszeptała to jedno, mrożące krew w żyłach słowo.
– Niemcy.
Światła natychmiast pogasły bo w domku nie przestrzegano nakazu zaciemnienia, furtkę zamknięto ktoś jednak wybiegł z domu aby ją zamknąć, a potem przez krzaki wycofał się do środka, okna zasłonięto szur-szur, a my z Rudym pospieszyliśmy czym prędzej ku wejściu.
I ani mru-mru.

(...)
Spojrzałam na Janka; przykucnął obok nas i chwytając mnie za dłoń milczał. W tym milczeniu zaś było tyle słów, że można by wylać je na wyschnięte rzeki, a popłynęłyby one z nurtem.
W tym opku zaś jest tyle niepotrzebnych słów, że mogłyby spowodować powódź.

Dwójka szwabów uderzyła pięściami w furtkę i zawołała coś po niemiecku, jednak szyby stłumiły dźwięki. Jeden z nich już miał przeskakiwać do ogrodu, lecz drugi powstrzymał go i wskazał na coś w oddali.
Widzicie, jakie to proste? Wystarczyło nie otwierać drzwi, aby Niemcy zrezygnowali i poszli sobie w siną dal.

– Jeszcze chwila – szepnęła Hela, spoglądając zza zasłony na podwórko. Zośka trzymał ją kurczowo za ramię, gotowy w każdej chwili paść na ziemię, osłaniając przy tym dziewczynę.
– No idźcie już, niczego nie wywąchacie, pieski marnotrawne [piesek marnotrawny, to taki co jak głodny, to zawsze wróci?] –  wycedził Alek. – Idźcie już... nikogo tu nie ma…

Niemcy jakby posłuchali jego sugestii i oddalili się, zerkając co raz na wejście do domu. Gdy tylko odeszli na bezpieczną odległość, osunęliśmy się wszyscy na ziemię, dziękując Bogu. Krople potu spływały po czołach niektórych, Agnieszkę zaprowadziliśmy do pokoju, by zasnęła.
Bo jak się osunęła na podłogę, to tak zaczęła chrapać, że wszystko się trzęsło.

Rudy poszedł do kuchni zrobić herbatę, a Zośka oddalił kadrę na spoczynek. Sam zaś udał się na strych swego domu, by poszukać tam jakiś przyborów do szycia matki [matka zaczęła się drzeć? W sumie, to się jej nie dziwię], gdyż jego rogatywka zaczęła pruć się na tyle.
Na tyle o ile.

(...)


Rozdział 7 - Wawel, ale nie ten z Krakowa
Pewnie aŁtorce chodzi o Wawer.
Nie, w rozdziale pada wzmianka o szkole imienia Wawelberga, więc raczej to.

Wróciliśmy z naszego obozu po dwóch tygodniach wspaniałej sielanki nad jeziorem, w cieniu zaleskich lasów.
Echhh… To nie są dzieci na wakacjach, tylko młodzi dorośli, którzy pracują zarobkowo (a przynajmniej powinni, jaśnie panno Kasiu), więc takie wyrwanie się na dwa tygodnie może być dla nich problemem. To raz.
Dwa – a co z aprowizacją całej tej gromady? Zabrali ze sobą jedzenie zaoszczędzone z głodowych, kartkowych racji? Kupili na czarnym rynku? A może zaopatrują się u miejscowych, zwracając tym samym na siebie uwagę?
Pani sklepowa codziennie z uśmiechem dawała im bez kartek kilka chlebów, kosz ziemniaków, jajka, masło i wielkie pęta kiełbasy, mówiąc przy tym, że miło widzieć młodych ludzi z takim apetytem.
Niektórzy z lodówki przy drzwiach wyjmowali rożki z lodami, takie to były słodkie dzieciaki!
***
W okolicy Piaseczna są Biedronki i Karfure, jakoś dadzą sobie radę.
W ostateczności mogli przez dwa tygodnie napędzać się grzybami i jagodami.

(...)
Ludzie często mówią, że my, młodzi, przedstawiamy okupację jako coś pięknego. Bo miłość, bo przyjaźń, bo poświęcenie.
Khę, nie sądzę, żeby ktokolwiek z młodych tamtych czasów przedstawiał okupację jako “coś pięknego”. Współcześni, karmieni historią przedstawianą jak kolorowa patriotyczna pocztówka, prowadzani na powstańcze pikniki, urządzający konkursy na najlepszą wojenną stylizację - owszem.


Są tym wszystkim zaślepieni, jakby ktoś przykrył ich oczy, a oni ślepo podążali za tym kimś. Ale prawda jest zupełnie inna. Wojna nie jest rozkoszną sielanką.
No nie mów, naprawdę? Całe życie w kłamstwie!

Wyjątki – to oni umierają w gronie przyjaciół. Większość po prostu dostaje kulkę w głowę i zostaje na ulicy w kałuży deszczu i własnej krwi. Bajeczki, którymi karmi się dzieci, to obłuda.
Refleksja rychło w czas - po roku okupacji.

Wojna jest okrutna.
Wojna jest bezlitosna.
Wojna nie jest dla małych dziewczynek, które wierzą w dobre zakończenia.
Niestety, kiedy trwa wojna, małe dziewczynki często nie mają wyboru.

Brzmi pesymistycznie, prawda? Pewnie tak. Ale wtedy, jesienią 1940 roku, nie wiedzieliśmy jeszcze, czym jest ten wojenny smutek, żal i rozpacz.
Nie, spoko. A Palmiry to tylko taki sielski lasek pod Warszawą, akurat na miłą wycieczkę rowerami.

Byliśmy jak głupiutkie dzieciaki [o, z tym się zgodzę], które chciały się bawić z Warszawą, a ona nie mogła wyjść na podwórko, bo zaborcza matka zamknęła drzwi.

***
20 października 1940 roku.

Bohaterka idzie na tajne komplety w mieszkaniu Alka.

(...)
Przez głowę przemknęło mi wspomnienie sprzed matury. W Rudym kochało się pół liceum,
Gimnazjum. Męskiego gimnazjum imienia Stefana Batorego ;>
a Monia w szczególności.
No dobra, wiemy, że w wyobraźni aŁtorek coś takiego jak całkowicie męska (lub żeńska) szkoła się nie mieści.
Nie żebym była zazdrosna, ale.. no tak, byłam zazdrosna.
Nie żebym na początku opka pisała, że bohaterka poznała chłopaków tuż przed maturą i ledwie ich kojarzy, jakby po prostu mignęli jej gdzieś na szkolnym korytarzu.


(...)
Księżyc zaglądał na to spotkanie przez okno i dziwił się, że my jeszcze nie w domach, wszak zegar tykał jak dla Kopciuszka i godzina policyjna była za pasem.
A gdy wybije, to kryształowa karoca zamieni się w dynię, konie w myszy, a Hela Kabicka w Sophię Angerer.
A książę z bajki w gestapowca Maksa.

(...)
Te same gwiazdy i księżyc patrzyły na Helenkę, która szła prędko ulicą prowadzącą do Łazienek.
Patrzyły z rosnącym zdumieniem.

Wokół niej panowała czerń, a ulice były tak puste, że nawet rozhulany wiatr odpuścił sobie wędrówek.
Wiatr stwierdził: pusto, nudno, nie ma komu zrywać kapeluszy ani podwiewać spódnic - nic tu po mnie!

Zakryła twarz włosami i otuliła się szczelniej płaszczem. Na ustach wciąż czuła jakby westchnienie pocałunku, jakim obdarzył ją Tadeusz.
Wzdychające pocałunki też opisała w raporcie.

(...)
Wytarła usta, by wraz z nimi wyparowało z jej głowy wspomnienie i kaszlnęła. I splunęła sążniście. Stała przy rogu ogrodu łazienkowskiego, a obok niej przemykały się tylko cienie okien, które powoli gasły.
Te okna, jak ikonki windowsów, przeleciały obok niej.

Wśród nich pojawił się też i Max Bauermann, który szedł spokojnie w jej stronę. No tak, on nie musiał się bać. To nie w niego mogła trafić kula, bo przecież odeń wychodziła.
Po prostu  miał moc strzelania kamieniami żółciowymi.

Myślenie nieco dziecinne, ale jednak tak proste, że ludzkie. Bo nie wszystko musi być skomplikowane. Czasem warto myśleć infantylnie, by dojść do dorosłości.
Dziewczyna westchnęła i przygryzła wargi, gdy Niemiec zatrzymał się przed nią. Skrzyżowała ręce na piersiach i czekała.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni jakąś pogniecioną i nieco czerwonawą karteczkę i wręczył jej.
„Ein jazdardz ogokin. Jażawu an eibeis. Metsej kobo."
!rfyzs ikaj, eicajoŁ :D

Zgniotła papierek i wcisnęła go za pazuchę. Ciekawe czy czytał go przed nią? A zresztą, nawet jeśli rozszyfrował, to cóż mu po tym. To i tak nic nie da.
Nie rozumiem… To nie Xam łasipan net spyrg?
Ok, już wiem: dał jej gryps od rodziców.
Obla do ikśoZ, ob otk yb łasip: “Metsej kobo”?
Wychodzi na to, że chłopaki się świetnie znają i obaj przekazują sobie liściki do Heli.

– Masz coś? – zapytał, zapalając papierosa. Szary dym ogarnął ich. Harcerka przełknęła ślinę i wyciągnęła egzemplarz „Biuletynu Informacyjnego", który redagował Kamyk.
I to wszystko na alejce w Łazienkach? Nie mógł wezwać jej na przesłuchanie do swojego biura?
Max tajniaczy się przed kolegami, żeby nie przywłaszczyli sobie jego osiągnięć.

– Uczą się – szepnęła, a szybki i rwący ból przeszył ją od środka. – Literatura, matematyka.
– A historia, niemiecki?
– Tego nie – skłamała, odwracając wzrok. – Tylko czytają wiersze i liczą.
...sylaby akcentowane i nieakcentowane.

– Planują coś?
– Na razie nie. Chyba nie mają pomysłu, albo się boją. Tak myślę... – Robiła wszystko, by nie poznał, że się denerwuje.
Max pokiwał głową i zamyślił się. W jego głowie zapłonęła iskierka myśli, że Helena próbuje zagasić ich wspólne ognisko. Bo chroni inne. I innemu stara się być wierna. Przynajmniej starała…
Ich wspólne ognisko? Max był kochankiem Heleny?
Helena-Znienacka-Sophie*), która od dawna nie czuła się Polką, ma gwałtowny atak polskiej tożsamości, więc depcze ogień uczuć Maxa.
___
*) Jak również Kabicka-Nagle-Angerer.


***
(...)
Gdy wbiegłam po schodach na piętro kamieniczki przy rynku, posłał mi ulotny uśmiech przez próg i stał tam jeszcze przez chwilkę, jakby czekał, czy na pewno wejdę do domu.
Rodzice i Amelka już spali, gdy otworzyłam drzwi.
Czyżby z kompletów wracało się po godzinie policyjnej?

Na podłodze leżał rysunek Amci, a na nim Alek zjeżdżający na nartach, a przy ośnieżonej górze tkwiły jeszcze dwie postacie. Mała podpisała je „Kasia i Gruby". Wzięłam ołóweczek i poprawiłam na „Rudy", po czym uśmiechnęłam się i wzięłam kartkę. Przechodząc do pokoju zerknęłam w okno i ujrzałam pod nim Bytnara, który posyłał mi najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.
„Więc bardzo proszę, wejdź... Chodź, siadaj, rozgość się. I zdradź mi kimś jest, sire, albo nie zdradzaj nic. Wszak zdrajcom na wojnie nikt nie daje serc..."
Antycypowała Stachurę!

Z podziemnej Warszawy pozdrawiają: Kura szyfrująca grypsy, Jasza odganiający trolle, Babatunde Wolaka sprzątający piwnicę, Pigmejka tuląca wronę do piersi

oraz Maskotek wybierający się na dancing w Adrii. Jak poszedł, tak przepadł.